Błękit Wschodu - czyli Śródziemie moimi oczami

Statystycznie Polak czyta "Władcę" raz do roku.

Moderatorzy: Darlark, Konradussss, Barti, Koshara, TonyStark, Kevin, Mnil

Czy podoba Ci się opowidanie Błękit Wschodu?

Tak, bardzo! Czekam na następne rozdziały!
13
35%
Dobre, ale musisz jeszcze poćwiczyć.
10
27%
Nie podoba mi się.
1
3%
Słabizna...
3
8%
Nie przeczytałem, bo za długie.
10
27%
 
Liczba głosów: 37

Awatar użytkownika
TurinTurambar
Plugawy Szaman
Posty: 1012
Rejestracja: 08 paź 2009, 15:05
Skąd: Stavanger/Norwegia

Błękit Wschodu - czyli Śródziemie moimi oczami

Post autor: TurinTurambar » 01 cze 2010, 17:39

Witam! Oto moje najnowsze opowiadanie i jednocześnie pierwsze w niesamowitym Świecie Profesora Tolkiena. Pisane, na konkurs na bfmeworldzie i ku mojemu zaskoczeniu wyróżnione. Zatem zapraszam do lektury, a wydarzenia w tym opowiadaniu nie zostały opisanie przez Mistrza Tolkiena (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo :wink:), więc jest to kolejny powód do zapoznania się z tym opowiadankiem. :wink:

Błękit Wschodu

Rozdział I

Upadek



W pełnej napięcia ciszy, wolno mijały dni. Tak minęło dziesięć dni od pokonania sił Saurona, które natarły na siedzibę Thranduila. Czasami do uszów najbystrzejszych elfów dobiegały odgłosy walk. Walczył Gondor i Rohan, ludzie i entowie, krasnoludowe i elfy. Walczyło całe Śródziemie z furią i mocą Saurona Okrutnego.

Żałość za zmarłymi przeplatała się z radością zwycięstwa. Płakały drzewa, ptaki, elfowie. Gniew Gulduru przygniatał z większą niż dotychczas siłą.

Dziesiątego dnia od porażki wojsk Saurona w Mrocznej Puszczy coś się wydarzyło.

Powoli wiosenny wiatr przyniósł niesamowite dźwięki. Po latach uśpienia dało się słyszeć świergot ptaków, pohukiwania sów, ryk jeleni. Las się budził. Po chwili fala dźwięków dotarła do siedziby Thranduila. Ptaki śpiewały z niesamowitą siłą, a ich głosy docierały do najgłębszych komnat Leśnego Królestwa i rozwiały z dawna zalegający tam smutek. Świergot ptaków przywodził na myśl odległy Valinor, perłowy piasek Eldamaru... Zdumieni elfowie wyszli ze swej kryjówki i z zaciekawieniem przyglądali się niesamowitemu spektaklowi jaki rozgrywał się na ich oczach. Wydawać by się mogło, że wszystkie zwierzęta znalazły się teraz przed nimi. Była ich wielka liczba, od ptaków, przez jelenie i niedźwiedzie na czarnych wiewiórkach kończąc. Ptaki podlatywały do elfów i jakby chcąc im coś powiedzieć, świergotały im do uszu.

- Radagaście co się dzieje? - pytali zdumieni elfowie.

Po chwili z leśnej gromady wyłonił się wysoki starzec, wspierając się na długiej, białej lasce. Jegomość był odziany w brązowe szaty i właśnie od nich nosił swój przydomek Brązowy. Radagast podszedł do zwierząt i wydał z siebie odgłos podobny do świergotu, znał on bowiem mowę zwierząt. Na jego polecenie zwierzęta ucichły a wielki czarny kruk przysiadł mu na dłoni.

Po krótkiej wymianie zdań między Czarodziejem a ptakiem, twarz starca pozostała bez zmian. Odwrócił się i powiódł smutnym wzrokiem po przerażonych twarzach elfów.

- Jedyny Pierścień został... zniszczony! - obwieścił.

Po jego słowach wśród leśnych elfów i zwierząt zapanowało poruszenie i radość tak wielka jakiego mieszkańcy lasu nie pamiętali od wieków. Jedynie Thranduil zachował zimną krew i podszedł do czarodzieja.

- Co usłyszałeś? - zapytał.

- Wielkie Orły przyniosły nowiny znad równin Mordoru. - elfi władca pilnie nadstawiał uszu, gdyż z dawna oczekiwał nowin z szerokiego Świata. - Wieża Barad Dur legła w gruzach, Sauron pokonany, a jego wojska rozbite.

- A Frodo i Sam? - pytał leśny Władca, a mimo że nigdy nie poznał Froda, dobrze pamiętał jego wuja Bilba, a otrzymany od niego dar, przechowywał w szczególnym miejscu.

- Nie martw się elfi królu, żyją. - Thranduil skwitował tę nowinę z nieskrywaną radością. - Ale jest jeszcze coś. - powiedział Radagast. - Armia Barad Duru i Dol Gulduru nie tylko nas zaatakowała. - Thranduil chciwie łowił każde słowo Czarodzieja. - Białe Drzewo znów zakwitnie w Gondorze, a konie dalej będą wypasane w Rohanie. Król spod Góry dalej będzie kuł złoto, a władca Dale odbuduje ruiny. - tyle wystarczyło, by w tak krótkim czasie, syn Orophera pojął najważniejsze wydarzenia ostatnich dni.

- A Lórien? - dopytywał się Król gdyż z dawna martwił się o swoich ziomków z lasów Lothlórien.

- Ich armia już tu ciągnie, a prowadzi ich Pani Galadriela i Pan Celeborn.

- Słucham?

- Trzy razy siły Gulduru atakowały Lórien i trzykrotnie je odpychano. Las w wielu miejscach został zniszczony i wielu elfów poległo, ale moc Pierścienia Wody Nenyi nie została pokonana. Teraz ich armia pragnie ostatecznie wyplenić złe moce z tego lasu.

- Moc Dol Guldur jest zbyt potężna by dali mu radę.

- A zatem wyjdźmy im naprzeciw. - podsunął Pogromca Ptaków.

- Tak też się stanie. - odparł Król.

***

Kiedy po długiej chwili Król uspokoił rozradowany elfi tłum, zaczął mówić, a znany był ze swoich długich, lecz mądrych przemówień:

- Elfowie! Bracia moi! Jakże niedawno chwytaliśmy za oręż w obronie naszych domostw, a teraz znów stajemy w obliczu nowego zagrożenia. Ciemność Gulduru wciąż nie została pokonana. Nie czas świętować upadek Władcy Ciemności! W ciągu najbliższych godzin dokona się nasze przeznaczenie. Nie ma ucieczki od wyroków Mandosa! W tym lesie nie ma miejsca dla elfów i orków. Mogą panować tu tylko jedni, na wieki dopóki Świat się nie odmieni. Ciemność nie może żyć w zgodzie z Jasnością! To my jesteśmy świadectwem Dawnych Dni, to nasz oręż bronił Śródziemie za panowania Morgotha! Przywróćmy więc dawną chwałę Doriathu w tym lesie i zwyciężmy! Wypędźmy ohydne plemię orków i panujmy tu na chwałę Eru! Pomścijmy zatem naszych braci! Lecz, czy zdobędziemy się na tak wielki wysiłek, jakim jest zdobycie przeklętej warowni na wzgórzu Amon Lanc? Prosty mamy wybór moi bracia. Razem, ramię w ramię pójdziemy obalić twierdze Dol Guldur, lub w trwodze uciekniemy. Droga pomiędzy nie istnieje. Co zatem wybierzecie bracia moi?

Nagle cały las zatrząsł się od pięknych elfich głosów, które krzyczały:

- Na Dol Guldur!

- A zatem postanowione. - powiedział jakiś czas później Thranduil do swoich generałów i pomocników. - Dzisiaj o zachodzie słońca wszystkie nasze siły ruszają ku twierdzy Dol Guldur!

***

Kiedy słońce zaczęło chylić się ku Zachodowi, cała armia Leśnego Królestwa stała gotowa do wymarszu. Po niecałej godzinie pojawił się Thranduil wraz z Radagastem u boku. Leśny Król objął spojrzeniem swoje wojska.

- Zaledwie dwa tysiące zbrojnych. Liczyłem na dwakroć tyle. - powiedział Thranduil.

- Wielu pozostało by bronić Brodów na Leśnej Rzece i Twego dworu, a z Twojego rozkazu dwie setki łuczników odmaszerowało by wspomóc zdziesiątkowanych obrońców Dale i Góry. - odparł Czarodziej.

Po niedługim czasie cała armia była juz w drodze. Poruszali się bardzo szybko nawet jak na możliwości elfów i cicho, lecz nie niezauważeni. Zwierzęta, a w szczególności ptaki mimo kilku reprymend Radagasta nie przerwały swojego śpiewu, który opiewał ich dumę i rychły upadek Dol Guldur. Muzyka ta dodawała otuchy i pewności siebie elfom.

Tak, czwartego dnia od Upadku Barad Duru, las zaczął rzednąć i więcej przyćmionego światła dochodziło w głąb puszczy. Szarobrązowe pnie przypominały o bliskości Gulduru, a splątane i pełne kłujący krzewów poszycie spowalniało marsz. Większość zwierząt odeszła przestraszona groźbą zbliżającego Dol Gulduru. Jedynie najdzielniejsze ptaki zostały razem z Radagastem i służyły mu za posłańców. To dzięki nim dowiedzieli się, że wielka armia Galadhrimów jest zaledwie dwa dni drogi od ostoi zła w Mrocznej Puszczy, lecz elfowie pozbawieni bliskości i śpiewu ptaków podupadli na duchu, a moc dawnej siedziby Saurona napierała na nich ze zdwojona mocą.

Kiedy Radagast, który dawnej często gościł w tych stronach obwieścił, że następnego dnia staną u bram Gulduru, Thranduil zarządził kilku godzinny popas. Thranduil zakazał rozpalania ognia i rozstawił liczne warty wokół swojego obozowiska, mimo że Radagast przekonywał go, że nie ma obaw do niepokoju, ale elfi król wolał nie zawierzać życia swoich wojowników szczęściu. Mimo kilku fałszywych alarmów noc minęła spokojne.

Nad ranem Armia Zachodu znów maszerowała przez Puszczę, a niebezpieczeństwo zwiększało się z każdym krokiem.

Nagle zgodnie ze słowami Radagasta wzgórze Amon Lanc wyrosło przed nimi niczym cień i wspomnienie Barad Dur. Bowiem dawna siedziba Saurona była namiastką Czarnej Wieży Mordoru. Wysoka na wiele set łokci czarna wieża zakończona trzema ostrymi jak brzytwa szponami które, niemalże schodziły się u szczytu. Do główniej wieży było przyklejone wiele mniejszych i większych wieżyczek. Puste okna niczym oczodoły dawno zabitego zwierzęcia ziały śmiercią i nienawiścią. Wielki taras okalał wieżę w połowie jej wysokości. Elfowie w milczeniu i w trwodze przyglądali się wieży. Samo wzgórze było czarne, jakby niedawno szalał tu pożar, wielkie kamienie wyrastały tu i ówdzie, a poszarpane i sczerniałe krzewy łamały się pod własnym ciężarem. Mimo setek lat panowania zła i nienawiści do wszystkiego co zielone i żywe, moc Gulduru nie zdołała złamać dumy, mocy i oporu lasu. Ziemia nie stała się jałowa, drzewa nie wymarły i wciąż kryły w sobie moc do ponownego zakwitnięcia.

Granice Lasu i podnóże góry dzieliła odległość strzału z elfiego łuku, a tę martwą z pozoru ziemię porastały kępki żółtej i wiotkiej trawy. Wszędzie zalegała martwa cisza, w której dało się wyczuć napięcie i wyczekiwanie...

Po chwili wśród zebranych podniósł się szmer, gdyż na wschodzie pojawiła się armia z Lothlórien. Po chwili rozległo się przeciągło granie rogu. To oniemiali z wrażenia elfowie z Lothlórien witali sowich braci, gdyż oto Thranduil pojawił się na czele swoich oddziałów. Niedługo potem cała polana brzmiała echem elfich rogów.

Thranduil dokonał szybkiego przeglądu swoich wojsk. Posiadał niemalże dwa tysiące zbrojnych, z czego sześć setek stanowili łucznicy. Resztę stanowili różnie uzbrojeni i lekko odziani wojownicy. Elfi Król spojrzał na wojska Galadhrimów. Było ich znacznie więcej. Elfy z Lórien były odziane w ciężkie stalowe zbroje i szare płaszcze z liściastymi zapinkami. Na głowach nosili złote hełmy, a u boków mieli przepasane długie łuki lub wąskie, ale długie miecze. Wielu z wojów dzierżyło duże, w kształcie łzy tarcze.

Po godzinie Armia Zachodu zamknęła nieszczelny pierścień oblężenia wokół Gulduru. Nagle wrota Gulduru rozwarły się i przy akompaniamencie bębnów chmara wielkich nietoperzy wyfrunęła z twierdzy. Krwiożercze ptaki wyfrunęły wprost na oddziały Celeborna. Łucznicy z Lothlórien nieudolnie strzelali do ptaków, nie czyniąc im większej krzywdy, lecz jeszcze bardziej je rozwścieczając. W końcu cała polana zaroiła się od wielkich nietoperzy. Ptaki nie wyrządziły wielkiej krzywdy Galadhrimom, gdyż twarde zbroje chroniły wojowników od ich ma łych lecz ostrych szponów. Sytuacja miała się gorzej w szeregach Thranduila, gdzie wojownicy nie byli tak szczelnie opancerzeni. Im z pomocą przyszedł Radagast, którego nie bez powodu nazywano go Pogromcą Ptaków. Czarodziej uderzył swoją laską w ziemię i wykrzyczał słowa w jakimś nieznanym języku. Wielka chmara ptaków odleciała, ukazując straszny widok. W czasie kiedy elfowie zajęci byli walką z nietoperzami, lochy Dol Guldur pustoszały. Teraz wielka armia schodziła ze stoku góry. W bezładnym szeregu szli orkowie, wilki, trolle, a nawet pamiętane tylko z zamierzchłych legend wilkołaki.

Thranduil szybko wypuścił swoich łuczników w pole, by ostrzelali wroga. Nie wypuścili zbyt wielu strzał, gdyż wroga armia szła szybkim tempem. Mimo wielu celnych strzałów nie przerzedzili zbytnio wrogich szeregów. Z przeciwnej strony nadleciało tylko kilka niecelnych strzałów. Leśny Król zgodnie z przygotowanym wcześniej planem, wycofał wszystkie swoje oddziały do lasu, chcą tym samym zmniejszyć przewagę liczebną wroga.

Ubiór mieszkańców Mrocznej Puszczy dawał im świetny kamuflaż w ciemnym lesie. Skryci na drzewach i za nimi wypuszczali śmiercionośnie strzały w swoich wrogów. Początkowo bitwa przybrała dobry obrót dla leśnych wojowników, a strategia Thranduila okazała się dużym sukcesem. Poszycie lasu zostało usłane truchłami orków, ale stanowili oni tylko straż przednią. Zaraz po nich pojawiły się wielkie, górskie trolle, ale gęsto rosnące drzewa zahamowały nieco ich zapędy. Wiele z tych okrutnych stworzeń padło i nagle jakby kierowane zwierzchnią siła wycofały się pragnąc wywabić elfów z lasu, ale i to się im nie udało. Lecz armia Thranduila nie doświadczyła jeszcze najstraszniejszej broni Dol Gulduru - wilkołaków. Te wściekłe stworzenia siały popłoch wśród elfów. Wielu padło z obydwu stron, ale przewaga liczebna elfów zdecydowała o zwycięstwie.

Przywódca sfory odszukał w zamęcie Thranduila i stoczył z nim krwawy pojedynek. Elfi Król wielokrotnie ranił wilkołaka, ten nie pozostawał dłużny i ugryzł go w przedramię. Zmagali się długo, lecz w końcu wilkołak padł pod naporem ciosów Thranduila. Pierścień oblężenia został rozerwany.

Po drugiej stronie polany sytuacja miała się gorzej. Armia Lothlórien nie skryła się w lesie i przyjęła na swój mur z tarcz rzesze orków. Elfowie odparli atak orków, którzy ponownie wycofali się do twierdzy. Wielu elfów rzuciło się w pogoń za uciekającymi, lecz szybko zostali powstrzymani rozkazem Celeborna. Wkrótce wilczy jeźdźcy i wilki niemal rozniosły w pył lewe skrzydło wojsk z Lórien, które wycofały się i nawiązały bardziej wyrównaną walkę w lesie. Kiedy bitwa wydała się niemal skończona powrócili orkowie pod eskortą wściekłych trolli.

***

Galadriela stała samotnie z dala od zgiełku bitwy. Jej złote włosy unosiły się, a szaty falowały choć nie wiał, żaden wiatr. Zaciśnięta dłoń, na której znajdował się Pierścień wymierzona była w saurońską twierdzę. Myśl Galadrieli toczyła bój z potęgą Dol Gulduru, która mimo upadku Saurona dalej trwała w gniewie.

Dwa razy padała Galadriela na kolana pod naporem mocy Gulduru i dwukrotnie się podnosiła. Nagle zapadający zmierzch rozdarł przerażający krzyk, który z czasem przemienił się w upiorny śmiech. Wielkie błyskawice z wzbijały się ponad twierdzę, a ziemia zaczęła drżeć. Chwilę później śmiech Gulduru ustąpił przeciągłemu krzykowi rozpaczy. To był głos, Galadrieli, która teraz wznosiła się kilka stóp nad ziemią dalej mierząc Pierścieniem w twierdzę. Włosy opadły jej na ramiona, a szaty przestały falować. Po chwili Galadrila runęła na ziemię. Widząc to Celeborn zebrał kilkunastu Galadhrimów i ruszył ku swej Pani. Również wielu orków rzuciło się ku niej . Rozpoczął się szaleńczy wyścig.

Niezważając na rany Celeborn biegł. Wielu padło z jego ręki i wielu jego towarzyszy poległo, lecz w końcu pozostał tylko on wraz ze swoim przeciwnikiem. Był to Rządca Dol Guldur.

Był wysoki i odziany w szarą zbroję. Na plecach miał długi czarny płaszcz. Spod żelaznego hełmu, bystre niebieskie oczy świdrowały Celeborna. Długi i szeroki miecz wisiał mu u pasa.

- Celeborn... - zacharczał. - Spójrz! - wskazał skinieniem głowy Galadrielę. - Nie żyje... - mówienie sprawiało mu trudność i ciężko było rozróżnić poszczególne słowa.

- Łżesz, pomiocie Saurona! Twój władca nie żyje i nie jesteś w stanie odbudować jego potęgi! - krzyknął Celeborn.

- A zatem... Wyjdź... na spotkanie śmierci! - powiedział Rządca Dol Gulduru i wydobył swój czarny miecz.

Starli się ze sobą w śmiertelnym tańcu, wymieniając potężne ciosy. Celeborn był zmęczony i ranny i z trudem utrzymywał tempo narzucone prze rywala. Jego przeciwnik śmiał się za każdym razem kiedy Celeborn próbował go czymś zaskoczyć. Walka ciągnęła się, a Pan Galadhrimów nawet nie drasnął przeciwnika, a jego rywal nie był tak litościwy. Rozbił w proch jego tarczę i raz po raz przewracał syna Orophera. Krew zaczęła zalewać oczy Celeborna.

- Walcz! - usłyszał w głowie głos Galadrieli. - Jeszcze nie wszystko stracone!

Nagle wielki czarny kruk zaatakował Rządcę, a ten zamachnął się i zabił kruka.

Ta chwila wystarczyła by, Celeborn zebrał w sobie wszystkie swoje siły i z niesamowitą siłą wbił swój miecz prosto w miejsce gdzie powinno znajdować się serce. Rządca Gulduru skurczył się, a to co po nim zostało pochłonęły czarne płomienie.

- Ciesz się Celebornie! - dobiegł go zza pleców głos. - Bo oto złamałam moc Dol Gulduru! - powiedziała Galadriela i na potwierdzenie tych słów, jej pierścień pękł uwalniając ukrytą w nim moc. Pioruny zaczęły bić w twierdzę łamiąc kolejne wieże i rozbijając w pył mury. Widząc to orkowie, trolle, wilki rzuciły się do ucieczki, a Armia Zachodu rozbiła resztki wojsk Gulduru. Twierdza Dol Guldur rozsypała się w proch. Las został oczyszczony.



Pewnie wnikliwy i znający realia tolkienowskie czytelnik zauważy pewne niezgodności. Wynikają one nie z nieznajomości przeze mnie Świata Tolkiena, lecz z konieczności. Tak więc przesunąłem Upadek Dol Gulduru o dwa dni (jego koniec nastąpił 28 marca a nie jak wyżej podane 30), postąpiłem tak dlatego, że dość trudne było by pokonanie 200 mil jakie dzieli Dol Guldur i siedzibę Thranduila w ciągu trzech dni, nawet dla wytrwałych elfów. Spotkanie Thranduila z Celebornem nastąpiło nie tuż po bitwie a dopiero 6 kwietnia, a obecność głównego bohatera tego opowiadania Radagasta jest ogólnie wątpliwa (jak wiemy rozkochał się on w ptactwie i naturze Śródziemia). Pewnie się dziwcie ale to właśnie Radagast miał być czołową postacią tej historii. W pierwszym rozdziale (miało być 3) był on tylko postacią drugoplanową, lecz w następnych dwóch rozdziałach (nie zdążyłem ich napisać z powodu zbyt krótkiego terminu, może jak się spodoba dopiszę i te dwa następne) był on główna postacią.
Liczę na szczere odpowiedzi w ankiecie i pamiętajcie, że nie łatwo jest przejąć czyjś styl, a ja jestem dopiero początkującym.

Pozdrawiam Turin Turambar
Ostatnio zmieniony 04 cze 2010, 18:35 przez TurinTurambar, łącznie zmieniany 1 raz.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie." - J.R.R. Tolkien

Awatar użytkownika
Azaghal
Strażnik wyschniętej studni
Posty: 298
Rejestracja: 29 sty 2008, 15:27
Skąd: inąd (Wwa)

Post autor: Azaghal » 01 cze 2010, 19:06

Po pierwsze, jako wstęp do mojej wypowiedzi zaznaczam, że sam z wrodzonego lenistwa nie napisałbym takiego opowiadania i gratuluję determinacji ;). Całą dalszą część posta możesz pominąć, jeśli nie życzysz sobie krytyki osoby, która na utwory literackie patrzy tylko ze strony czytelnika.

Przechodząc do głównego wywodu, tytuł jest jak dla mnie nieco mylący - "Błękit Wschodu" od razu skojarzył mi się z Błękitnymi Czarodziejami, a jak dotąd nie ma nic wspólnego z tekstem. Rozumiem, że zmieni się to, gdy (jeśli?) napiszesz dalszą część, ale na razie jest to zgrzyt.

W związku z tym, że jestem wzrokowcem i bardzo dużo czytam, bardzo rażą mnie literówki i błędy interpunkcyjne. Te co teraz na szybko zauważyłem to:
pytał leśny Władca, a mimo że nigdy nie poznał Froda, dobrze pamiętał jego wuja Bilba, a otrzymany od niego dar, przechowywał w szczególnym miejscu.
Taki mały potworek stylistyczny: zdanie wielokrotnie złożone z dwoma spójnikami "a" i źle zastosowaną interpunkcją.
Thranduil chciwie łowił, każde słowo Czarodzieja.
Po "łowił" nie powinno być przecinka.
tyle wystarczyło, by w tak krótkim czasie, syn Orophera pojął najważniejsze wydarzenia ostatnich dni.
Tu głowy nie dam, ale po "czasie" chyba też nie.
Moc Dol Guldur jest zbyt potężna by dali mu radę.
Tu z kolei powinien pojawić się przecinek przed "by".
Co zatem wybierzecie bracia moi?
Tutaj przed "bracia moi" również.
Wysoka na wiele set łokci czarna wieża
Wieleset, a nie wiele set.
sowich braci
Oczywiście "swoich", nie "sowich". Chyba że o czymś nie wiem?
duże, w kształcie łzy tarcze.
Moim zdaniem jest tu niepoprawna składnia - chyba powinno być "duże tarcze w kształcie łzy".
od ich ma łych lecz ostrych szponów.
Po pierwsze: "małych" (niechcący pojawiła się tam spacja), po drugie - przed "lecz" stawiamy przecinek.
a szaty falowały choć nie wiał, żaden wiatr.
Poprawnie zdanie powinno wyglądać tak: " a szaty falowały, choć nie wiał żaden wiatr". Swoją drogą, nie mam pojęcia, skąd bierze się ten błąd, a widziałem to już nieraz.
To był głos, Galadrieli
Bez przecinka przed Galadrielą, proszę.
Galadrila
Mała "litrówka". ;)

Teraz czas na czepialstwo klimaciarsko-tolkienistyczno-stylistyczne :twisted: .
Primo, jakoś mało w tym wstępu jak na rozdział I, przynajmniej w moim odczuciu. 4 zdania jako krótki opis sytuacji i od razu zaczynasz opowiadać historię - moim skromnym zdaniem przydałoby się więcej.
- Zaledwie dwa tysiące zbrojnych. Liczyłem na dwakroć tyle. - powiedział Thranduil.
Bardzo mi się skojarzyło z filmowym Władcą i zbieraniem armii przez Theodena. W sumie nic złego, ale lepiej tego unikać.
Poza tym, Rządca tak jakoś średnio mi pasuje, chociaż w końcu ktoś Dol Guldur musiał kontrolować. Aha, no i jeszcze jedno - Celeborn nie był synem Orophera, jak piszesz podczas jego walki z Rządcą.

Ogólnie czepiać się mógłbym jeszcze długo, ale praca z angielskiego czeka na napisanie ;). Nie przejmuj się jednak zbytnio, jestem pewien, że z czasem będzie Ci szło coraz lepiej. Muszę jednak zaznaczyć, że moim zdaniem do stylu Tolkiena nie zbliżyłeś się za bardzo. Wynika to jednak moim zdaniem z samej idei tekstu - Tolkien unikał długich bezpośrednich dialogów w opisach tak doniosłych wydarzeń, a nie dało się tego uniknąć w fanfiku mającym je przedstawić dokładniej.

Podsumowując - Keep up the good work! :)
I never tell anybody exactly how clever I am. They would be too scared.

Awatar użytkownika
IrrLee
Strażnik wyschniętej studni
Posty: 315
Rejestracja: 04 kwie 2009, 17:19
Skąd: Słupsk

Re: Błękit Wschodu - czyli Śródziemie moimi oczami

Post autor: IrrLee » 02 cze 2010, 9:36

TurinTurambar pisze: Nagle wrota Gulduru rozwarły się i przy akompaniamencie bębnów chmara wielkich nietoperzy wyfrunęła z twierdzy. Krwiożercze ptaki wyfrunęły wprost na oddziały Celeborna. Łucznicy z Lothlórien nieudolnie strzelali do ptaków, nie czyniąc im większej krzywdy, lecz jeszcze bardziej je rozwścieczając. W końcu cała polana zaroiła się od wielkich nietoperzy. Ptaki nie wyrządziły wielkiej krzywdy Galadhrimom, gdyż twarde zbroje chroniły wojowników od ich ma łych lecz ostrych szponów.
Mam taką małą uwagę - nietoperze są ssakami, a nie ptakami.

Awatar użytkownika
TurinTurambar
Plugawy Szaman
Posty: 1012
Rejestracja: 08 paź 2009, 15:05
Skąd: Stavanger/Norwegia

Post autor: TurinTurambar » 02 cze 2010, 15:34

Azaghal pisze:Po pierwsze, jako wstęp do mojej wypowiedzi zaznaczam, że sam z wrodzonego lenistwa nie napisałbym takiego opowiadania i gratuluję determinacji ;).
Sam się dziwę, że mi się udało... Ale i tak dziękuję.
Przechodząc do głównego wywodu, tytuł jest jak dla mnie nieco mylący - "Błękit Wschodu" od razu skojarzył mi się z Błękitnymi Czarodziejami, a jak dotąd nie ma nic wspólnego z tekstem. Rozumiem, że zmieni się to, gdy (jeśli?) napiszesz dalszą część, ale na razie jest to zgrzyt.
Bardzo trafna uwaga! Dalsza część opowiadania traktuje właśnie o Błękitnych Czarodziejach.
W związku z tym, że jestem wzrokowcem i bardzo dużo czytam, bardzo rażą mnie literówki i błędy interpunkcyjne. Te co teraz na szybko zauważyłem to:
Za to należą Ci się wielkie brawa! Wychwyciłeś tyle błędów, że aż sam się dziwię. Niektóre wydają mi się teraz śmieszne i sam nie wiem jak mogłem walnąć takie gafy. :oops:

- Zaledwie dwa tysiące zbrojnych. Liczyłem na dwakroć tyle. - powiedział Thranduil.
Bardzo mi się skojarzyło z filmowym Władcą i zbieraniem armii przez Theodena. W sumie nic złego, ale lepiej tego unikać.
Wiedziałem, że gdzieś to słyszałem....
Celeborn nie był synem Orophera,
Nie wydaje mi się, ale muszę to dokładniej zweryfikować.
Muszę jednak zaznaczyć, że moim zdaniem do stylu Tolkiena nie zbliżyłeś się za bardzo. Wynika to jednak moim zdaniem z samej idei tekstu - Tolkien unikał długich bezpośrednich dialogów w opisach tak doniosłych wydarzeń, a nie dało się tego uniknąć w fanfiku mającym je przedstawić dokładniej.


Nie jestem Tolkienem, a przejęcie jego stylu przerasta moje skromne możliwości. Wielkie dzięki za tak konstruktywna krytykę.

Pozdrawiam Turin Turambar

P.S. IrrLee oczywiście masz rację. :wink:
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie." - J.R.R. Tolkien

Awatar użytkownika
Azaghal
Strażnik wyschniętej studni
Posty: 298
Rejestracja: 29 sty 2008, 15:27
Skąd: inąd (Wwa)

Post autor: Azaghal » 02 cze 2010, 16:44

Celeborn nie był synem Orophera
Nie wydaje mi się, ale muszę to dokładniej zweryfikować.
Z moich źródeł (Wikipedii ;) ) wynika, że był synem Galadhona. Oropher był jedynie ojcem Thranduila, co się zgadza, gdyż Galadriela poznała Celeborna jeszcze w Pierwszej Erze, a przynajmniej tak mi się wydaje - a o Oropherze po raz pierwszy dowiadujemy się w pierwszych latach Drugiej Ery.
TurinTurambar pisze:sam nie wiem jak mogłem walnąć takie gafy.
Tym się nie przejmuj, pisząc na komputerze jest to moim zdaniem bardzo naturalne, bo nie masz takiej kontroli nad pismem jak odręcznie. W razie potrzeby ja zawsze mogę przeczytać i coś tam poznajduję ;).

Oczywiście niecierpliwie czekam na ciąg dalszy, bo temat Ithryn Luin jest bardzo ciekawy, ale i ambitny, więc należy do niego podejść bardzo ostrożnie, by nie zniszczyć dzieła. Swoją drogą, choć nie wiem, jaki masz dalszy pomysł na fabułę, ciekawym wyjściem byłoby rzadkie ukazywanie Błękitnych w akcji i przez to budowanie aury tajemnicy wokół nich - można to zastąpić relacjami świadków i innymi tego typu zagraniami. Jest to jednak sztuczka jeszcze podnosząca poprzeczkę.

Trzymam kciuki i pozdrawiam,
Az
I never tell anybody exactly how clever I am. They would be too scared.

Awatar użytkownika
Sulladan
Gobliński jeździec
Posty: 82
Rejestracja: 05 kwie 2010, 13:53
Skąd: Gdańsk/Warszawa

Post autor: Sulladan » 09 sie 2010, 11:44

Azaghal pisze:Z moich źródeł (Wikipedii ;) ) wynika, że był synem Galadhona.
Ja bym tak do końca Wikipedii nie ufał, bo to piszą zwykli internauci :)
Wszelkie treści polecam sprawdzić jeszcze w innych źródłach :)

Pozdrawiam!
Sul

Awatar użytkownika
Gondolin900
Gobliński jeździec
Posty: 82
Rejestracja: 13 lip 2010, 21:50
Skąd: Poznań

Post autor: Gondolin900 » 09 sie 2010, 12:23

Ogólnie fajne czekam na kolejne rozdziały ,na duży plus , że zamieściłeś w opowiadaniu wzmianki o Lothlorien które lubię :wink:

Pozdrawiam Gondolin :wink:

Awatar użytkownika
TurinTurambar
Plugawy Szaman
Posty: 1012
Rejestracja: 08 paź 2009, 15:05
Skąd: Stavanger/Norwegia

Post autor: TurinTurambar » 12 paź 2010, 12:44

Bardzo się cieszę, że opowiadanie się spodobało, lecz w związku z licznymi innymi zajęciami, dalszy ciąg szybko nie powstanie.

Pozdrawiam Turin Turambar

P.S. Ostatnio po godzinie pisania i stworzeniu aż i tylko jednego zdania odpuściłem. :roll:

Dodano po 25 dniach 18 godzinach 23 minutach 42 sekundach:

Milo mi oswiadczyc, ze jako zaczely mi sie ferie, powrocilem do pracy nad Blekitem. Ponizej znajduje sie poprawiona (moim zdaniem na lepsze) wczesniejsza wersja opowiadania. Poprawilem kilka z zauwazonych przez Azaghala bledow - na reszte nie starczylo mi czasu. :wink: Poprawione zostaly glownie zdania i rozwinelem nieznacznie zakonczenie, ktore bylo skrocone oraz dopisalem kilka nowych akapitow.

Pozdrawiam Turin Turambar

P.S.Wielkie dzieki Azaghalowil za jego pomoc oraz konstruktywna krytyke (ciekawe ile teraz znajdziesz bledow :wink:) oraz IrrLee, ktory przypomnial mi podstawy biologii.
PP.S. No i poprawione opowiadanie.
Błękit Wschodu

Rozdział I
Upadek

W pełnej napięcia ciszy, wolno mijały dni. Tak minęło dziesięć dni od pokonania sił Saurona, które natarły na siedzibę Thranduila. Czasami do uszów najbystrzejszych elfów dobiegały odgłosy walk. Walczył Gondor i Rohan, ludzie i entowie, krasnoludowe i elfy. Walczyło całe Śródziemie z furią i mocą Saurona Okrutnego.
Żałość za zmarłymi przeplatała się z radością zwycięstwa. Płakały drzewa, ptaki, elfowie. Gniew Gulduru przygniatał z większą niż dotychczas siłą.
Dziesiątego dnia od porażki wojsk Saurona w Mrocznej Puszczy coś się wydarzyło.
Powoli wiosenny wiatr przyniósł niesamowite dźwięki. Po latach uśpienia dało się słyszeć świergot ptaków, pohukiwania sów, ryk jeleni. Las się budził. Po chwili fala dźwięków dotarła do siedziby Thranduila. Ptaki śpiewały z niesamowitą siłą, a ich głosy docierały do najgłębszych komnat Leśnego Królestwa i rozwiały z dawna zalegający tam smutek. Świergot ptaków przywodził na myśl odległy Valinor, perłowy piasek Eldamaru... Zdumieni elfowie wyszli ze swej kryjówki i z zaciekawieniem przyglądali się niesamowitemu spektaklowi jaki rozgrywał się na ich oczach. Wydawać by się mogło, że wszystkie zwierzęta znalazły się teraz przed nimi. Była ich wielka liczba, od ptaków, przez jelenie i niedźwiedzie na czarnych wiewiórkach kończąc. Ptaki podlatywały do elfów i jakby chcąc im coś powiedzieć, świergotały im do uszu.
– Radagaście co się dzieje? - pytali zdumieni elfowie.
Po chwili z leśnej gromady wyłonił się wysoki starzec, wspierając się na długiej, białej lasce. Jegomość był odziany w brązowe szaty i właśnie od nich nosił swój przydomek - Brązowy. Radagast podszedł do zwierząt i wydał z siebie odgłos podobny do świergotu, znał on bowiem mowę zwierząt. Na jego polecenie zwierzęta ucichły a wielki czarny kruk przysiadł mu na dłoni.
Po krótkiej i cichej wymianie zdań między Czarodziejem a ptakiem, twarz starca pozostała bez zmian. Odwrócił się i powiódł smutnym wzrokiem po przerażonych elfich twarzach.
– Jedyny Pierścień został... zniszczony! - obwieścił.
Po jego słowach wśród leśnych elfów i zwierząt zapanowało poruszenie i radość tak wielka jakiego mieszkańcy lasu nie pamiętali od lat. Jedynie Thranduil zachował zimną krew i podszedł do czarodzieja.
– Co usłyszałeś? - zapytał.
– Wielkie Orły przyniosły nowiny znad równin Mordoru. - elfi władca pilnie nadstawiał uszu, gdyż z dawna oczekiwał nowin z szerokiego Świata. - Wieża Barad Dur legła w gruzach, Sauron pokonany, a jego wojska rozbite.
– A Frodo i Sam? - pytał leśny Władca, a mimo że nigdy nie poznał Froda dobrze pamiętał jego wuja Bilba, a otrzymany od niego dar, przechowywał w szczególnym miejscu.
– Nie martw się elfi królu, żyją. - Thranduil skwitował tę nowinę z nieskrywaną radością. - Ale jest jeszcze coś. - powiedział Radagast. - Armia Barad Duru i Dol Gulduru nie tylko nas zaatakowała. - Thranduil chciwie łowił, każde słowo Czarodzieja. - Białe Drzewo znów zakwitnie w Gondorze, a konie dalej będą wypasane w Rohanie. Król spod Góry dalej będzie kuł złoto, a władca Dale odbuduje ruiny. - tyle wystarczyło, by w tak krótkim czasie, syn Orophera pojął najważniejsze wydarzenia ostatnich dni.
– A Lórien? - dopytywał się Król gdyż z dawna martwił się o swoich ziomków z lasów Lothlórien.
– Ich armia już tu ciągnie, a prowadzi ich Pani Galadriela i Pan Celeborn.
– Słucham?
– Trzy razy siły Gulduru atakowały Lórien i trzykrotnie je odpychano. Las w wielu miejscach został zniszczony i wielu elfów poległo, ale moc Pierścienia Wody Nenyi nie została pokonana. Teraz ich armia pragnie ostatecznie wyplenić złe moce z tego lasu.
– Moc Dol Guldur jest zbyt potężna, by dali mu radę.
– A zatem wyjdźmy im naprzeciw. - podsunął Pogromca Ptaków.
– Tak też się stanie. – odparł po krótkim namyśle Król.

***
Kiedy po długiej chwili Król uspokoił rozradowany elfi tłum, zaczął mówić, a znany był ze swoich długich, lecz mądrych przemówień:
– Elfowie! Bracia moi! Jakże niedawno chwytaliśmy za oręż w obronie naszych domostw, a teraz znów stajemy w obliczu nowego zagrożenia. Ciemność Gulduru wciąż nie została pokonana. Nie czas świętować upadek Władcy Ciemności! W ciągu najbliższych godzin dokona się nasze przeznaczenie. Nie ma ucieczki od wyroków Mandosa! W tym lesie nie ma miejsca dla elfów i orków. Mogą panować tu tylko jedni, na wieki dopóki Świat się nie odmieni. Ciemność nie może żyć w zgodzie z Jasnością! To my jesteśmy świadectwem Dawnych Dni, to nasz oręż bronił Śródziemie za panowania Morgotha! Przywróćmy więc dawną chwałę Doriathu w tym lesie i zwyciężmy! Wypędźmy ohydne plemię orków i panujmy tu na chwałę Eru! Pomścijmy zatem naszych braci! Lecz, czy zdobędziemy się na tak wielki wysiłek, jakim jest zdobycie przeklętej warowni na wzgórzu Amon Lanc? Prosty mamy wybór moi bracia. Razem, ramię w ramię pójdziemy obalić twierdze Dol Guldur, lub w trwodze uciekniemy. Droga pomiędzy nie istnieje. Co zatem wybierzecie bracia moi?
Nagle cały las zatrząsł się od pięknych elfich głosów, które krzyczały:
– Na Dol Guldur!
– A zatem postanowione. - powiedział jakiś czas później Thranduil do swoich generałów i pomocników. - Dzisiaj o zachodzie słońca wszystkie nasze siły ruszają ku twierdzy Dol Guldur!

***
Kiedy słońce zaczęło chylić się ku Zachodowi, cała armia Leśnego Królestwa stała gotowa do wymarszu. Po niecałej godzinie pojawił się Thranduil wraz z Radagastem u boku. Leśny Król objął spojrzeniem swoje wojska.
– Zaledwie dwa tysiące zbrojnych. Liczyłem na dwakroć tyle. - powiedział Thranduil.
– Wielu pozostało by bronić Brodów na Leśnej Rzece i Twego dworu, a z Twojego rozkazu dwie setki łuczników odmaszerowało by wspomóc zdziesiątkowanych obrońców Dale i Góry. – odparł Czarodziej.
Po niedługim czasie cała armia była juz w drodze. Poruszali się bardzo szybko nawet jak na możliwości elfów i cicho, lecz nie niezauważeni. Zwierzęta, a w szczególności ptaki mimo kilku reprymend Radagasta nie przerwały swojego śpiewu, który opiewał ich dumę i rychły upadek Dol Guldur. Muzyka ta dodawała otuchy i pewności siebie elfom.
Tak, czwartego dnia od Upadku Barad Duru, las zaczął rzednąć i więcej przyćmionego światła dochodziło w głąb puszczy. Szarobrązowe pnie przypominały o bliskości Gulduru, a splątane i pełne kłujący krzewów poszycie spowalniało marsz. Większość zwierząt odeszła przestraszona groźbą zbliżającego Dol Gulduru. Jedynie najdzielniejsze ptaki zostały razem z Radagastem i służyły mu za posłańców. To dzięki nim dowiedzieli się, że wielka armia Galadhrimów jest zaledwie dwa dni drogi od ostoi zła w Mrocznej Puszczy, lecz elfowie pozbawieni bliskości i śpiewu ptaków podupadli na duchu, a moc dawnej siedziby Saurona napierała na nich ze zdwojona mocą.
Kiedy Radagast, który dawnej często gościł w tych stronach obwieścił, że następnego dnia staną u bram Gulduru, Thranduil zarządził kilku godzinny popas. Elfi Król zakazał rozpalania ognia i rozstawił liczne warty wokół swojego obozowiska, mimo że Radagast przekonywał go, że nie ma obaw do niepokoju, Thranduil wolał nie zawierzać życia swoich wojowników szczęściu. Mimo kilku fałszywych alarmów noc minęła spokojne.
Nad ranem Armia Zachodu znów maszerowała przez Puszczę, a niebezpieczeństwo zwiększało się z każdym krokiem.
Nagle zgodnie ze słowami Radagasta wzgórze Amon Lanc wyrosło przed nimi niczym cień i wspomnienie Barad Dur. Bowiem dawna siedziba Saurona była namiastką Czarnej Wieży Mordoru. Wysoka na wieleset łokci czarna wieża zakończona trzema ostrymi jak brzytwa szponami które, niemalże schodziły się u szczytu. Do główniej wieży było przyklejone wiele mniejszych i większych wieżyczek. Puste okna niczym oczodoły dawno zabitego zwierzęcia ziały śmiercią i nienawiścią. Wielki taras okalał wieżę w połowie jej wysokości. Elfowie w milczeniu i w trwodze przyglądali się wieży. Samo wzgórze było czarne, jakby niedawno szalał tu pożar, wielkie kamienie wyrastały tu i ówdzie, a poszarpane i sczerniałe krzewy łamały się pod własnym ciężarem. Mimo setek lat panowania zła i nienawiści do wszystkiego co zielone i żywe, moc Gulduru nie zdołała złamać dumy, mocy i oporu lasu. Ziemia nie stała się jałowa, drzewa mimo iż obumarłe, wciąż chowały w sobie silę do ponownego zakwitnięcia.
Granice Lasu i podnóże góry dzieliła odległość strzału z elfiego łuku, a tę martwą z pozoru ziemię porastały kępki żółtej i wiotkiej trawy. Wszędzie zalegała martwa cisza, w której dało się wyczuć napięcie i wyczekiwanie…
Po chwili wśród zebranych podniósł się szmer, gdyż na wschodzie pojawiła się armia z Lothlórien. Po chwili rozległo się przeciągło granie rogu. To oniemiali z wrażenia elfowie z Lothlórien witali swoich braci, gdyż oto Thranduil pojawił się na czele swoich oddziałów. Niedługo potem cała polana brzmiała echem elfich rogów.
Thranduil dokonał szybkiego przeglądu swoich wojsk. Posiadał niemalże dwa tysiące zbrojnych, z czego sześć setek stanowili łucznicy. Resztę stanowili różnie uzbrojeni i lekko odziani wojownicy. Elfi Król spojrzał na wojska Galadhrimów. Było ich znacznie więcej. Elfy z Lórien były odziane w ciężkie stalowe zbroje i szare płaszcze z liściastymi zapinkami. Na głowach nosili złote hełmy, a u boków mieli przepasane długie łuki lub wąskie, acz długie miecze. Wielu z wojów dzierżyło duże tarcze w kształcie łzy.
Po godzinie Armia Zachodu zamknęła nieszczelny pierścień oblężenia wokół Gulduru. Nagle wrota Gulduru rozwarły się i przy akompaniamencie bębnów chmara wielkich nietoperzy wyfrunęła z twierdzy. Krwiożercze ssaki wyfrunęły wprost na oddziały Celeborna. Łucznicy z Lothlórien nieudolnie strzelali do nich, nie czyniąc im większej krzywdy, lecz jeszcze bardziej je rozwścieczając. W końcu cała polana zaroiła się od wielkich nietoperzy. Szare ssaki nie wyrządziły wielkiej krzywdy Galadhrimom, gdyż twarde zbroje chroniły wojowników od ich małych lecz ostrych szponów. Sytuacja miała się gorzej w szeregach Thranduila, gdzie wojownicy nie byli tak szczelnie opancerzeni. Im z pomocą przyszedł Radagast, którego nie bez powodu nazywano go Pogromcą Ptaków. Czarodziej uderzył swoją laską w ziemię i wykrzyczał słowa w jakimś dziwnym i nieznanym języku. Wielka chmara nietoperzy odleciała, ukazując straszny widok. W czasie kiedy elfowie zajęci byli walką z nietoperzami, lochy Dol Guldur pustoszały. Teraz wielka armia schodziła ze stoków góry. W bezładnym szeregu szli orkowie, wilki, trolle, a nawet pamiętane tylko z zamierzchłych legend wilkołaki.
Thranduil szybko wypuścił swoich łuczników w pole, by ostrzelali wroga. Nie wypuścili zbyt wielu strzał, gdyż wroga armia szła szybkim tempem. Mimo wielu celnych strzałów nie przerzedzili zbytnio wrogich szeregów. Z przeciwnej strony nadleciało tylko kilka niecelnych strzałów. Leśny Król zgodnie z przygotowanym wcześniej planem, wycofał wszystkie swoje oddziały do lasu, chcą tym samym zmniejszyć przewagę liczebną wroga.
Ubiór mieszkańców Mrocznej Puszczy dawał im świetny kamuflaż w ciemnym lesie. Skryci na drzewach i za nimi wypuszczali śmiercionośnie strzały w swoich wrogów. Początkowo bitwa przybrała dobry obrót dla leśnych wojowników, a strategia Thranduila okazała się dużym sukcesem. Poszycie lasu zostało usłane truchłami orków, ale stanowili oni tylko straż przednią. Zaraz po nich pojawiły się wielkie, górskie trolle, ale gęsto rosnące drzewa zahamowały nieco ich zapędy. Wiele z tych okrutnych stworzeń padło i nagle jakby kierowane zwierzchnią siła wycofały się pragnąc wywabić elfów z lasu, ale i to się im nie udało. Lecz armia Thranduila nie doświadczyła jeszcze najstraszniejszej broni Dol Gulduru – wilkołaków. Te wściekłe stworzenia siały popłoch wśród elfów. Wielu padło z obydwu stron, ale przewaga liczebna elfów zdecydowała o zwycięstwie.
Przywódca sfory odszukał w zamęcie Thranduila i stoczył z nim krwawy pojedynek. Elfi Król wielokrotnie ranił wilkołaka, ten nie pozostawał dłużny i ugodził go w przedramię. Zmagali się długo, lecz w końcu wilkołak padł pod naporem ciosów Thranduila. Pierścień oblężenia został rozerwany.
Po drugiej stronie polany sytuacja miała się gorzej. Armia Lothlórien nie skryła się w lesie i przyjęła na swój mur z tarcz rzesze orków. Elfowie odparli atak orków, którzy ponownie wycofali się do twierdzy. Wielu elfów rzuciło się w pogoń za uciekającymi, lecz szybko zostali powstrzymani rozkazem Celeborna. Wkrótce wilczy jeźdźcy i wilki niemal rozniosły w pył lewe skrzydło wojsk z Lórien, które wycofały się i nawiązały bardziej wyrównaną walkę w lesie. Kiedy bitwa wydała się niemal skończona powrócili orkowie pod eskortą wściekłych trolli.

***
Galadriela stała samotnie z dala od zgiełku bitwy. Jej złote włosy unosiły się, a szaty falowały mimo iż nie wiał, żaden wiatr. Zaciśnięta dłoń, na której znajdował się Pierścień wymierzona była w saurońską twierdzę. Myśl Galadrieli toczyła bój z potęgą Dol Gulduru, która mimo upadku Saurona dalej trwała w gniewie.
Dwa razy padała Galadriela na kolana pod naporem mocy Gulduru i dwukrotnie się podnosiła. Nagle zapadający zmierzch rozdarł przerażający krzyk, który z czasem przemienił się w upiorny śmiech. Wielkie błyskawice z wzbijały się ponad twierdzę, a ziemia zaczęła drżeć. Chwilę później śmiech Gulduru ustąpił przeciągłemu krzykowi rozpaczy. To był głos Galadrieli, która teraz wznosiła się kilka stóp nad ziemią dalej mierząc Pierścieniem w twierdzę. Włosy opadły jej na ramiona, a szaty przestały falować. Po chwili Galadriela runęła na ziemię.
Widząc to Celeborn zebrał kilkunastu Galadhrimów i ruszył ku swej Pani. Również wielu orków rzuciło się ku niej . Rozpoczął się szaleńczy wyścig.
Niezważając na rany Celeborn biegł. Wielu padło z jego ręki i również wielu jego towarzyszy poległo, lecz w końcu pozostał tylko on wraz ze swoim przeciwnikiem. Był to Rządca Dol Guldur.
Był wysoki i odziany w szarą zbroję. Na plecach miał długi czarny płaszcz. Spod żelaznego hełmu, bystre czerwone oczy świdrowały Celeborna. Długi i szeroki miecz wisiał mu u pasa.
– Celeborn… - zacharczał. – Spójrz! – wskazał skinieniem głowy Galadrielę. – Nie żyje… - mówienie sprawiało mu trudność i ciężko było rozróżnić poszczególne słowa.
– Łżesz, pomiocie Saurona! Twój władca nie żyje i nie jesteś w stanie odbudować jego potęgi! – krzyknął Celeborn.
– A zatem… Wyjdź… na spotkanie śmierci! – wycharczał z trudem Rządca Dol Gulduru i wydobył swój czarny miecz.
Starli się ze sobą w śmiertelnym tańcu, wymieniając potężne ciosy. Celeborn był zmęczony i ranny i z trudem utrzymywał tempo narzucone prze rywala. Jego przeciwnik śmiał się za każdym razem kiedy Celeborn próbował go czymś zaskoczyć. Walka ciągnęła się, a Pan Galadhrimów nawet nie drasnął przeciwnika, a jego rywal nie był tak litościwy. Rozbił w proch jego tarczę i raz po raz przewracał syna Galadhona. Krew zaczęła zalewać oczy Celeborna.
– Walcz! – usłyszał w głowie głos Galadrieli. – Jeszcze nie wszystko stracone!
Nagle wielki czarny kruk zaatakował Rządcę, a ten zamachnął się i zabił kruka.
Ta chwila wystarczyła by, Celeborn zebrał w sobie wszystkie swoje siły i z niesamowitą siłą wbił swój miecz prosto w miejsce gdzie powinno znajdować się serce. Rządca Gulduru skurczył się, a to co po nim zostało pochłonęły czarne płomienie.
– Ciesz się Celebornie! – dobiegł go zza pleców głos. - Bo oto złamałam moc Dol Gulduru! – powiedziała Galadriela i na potwierdzenie tych słów, jej Pierścień Wody Nenya pękł. Nieskazitelny dotąd diament przecinała teraz długa rysa. Moc, która została uwolniona z Pierścienia sprawiła, że walczący dotąd elfowie i orkowie, zatrzymali się. Najlżejszy wiatr nie mącił ciszy, która zaległa u podnóża wzgórza Amon Lanc.
Po chwili ciszę przerwał grzmot, a niebo rozdarły błyskawice, które z donośnym hukiem rozbijały w proch wieżyce Dol Gulduru, lecz pradawna twierdza nadal opierała się ich zakusom. Kiedy ostania z błyskawic zniszczyła wielki taras, cisza z powrotem zaległa na polanie. Saurońska twierdza dalej górowała nad polaną , lecz przestała napawać grozą mieszkańców lasu.
Moc, która kierowała armią Gulduru załamała się i wraz z przerażającym krzykiem dochodzącym z Wieży, armia rzuciła się do ucieczki. Dumni elfowie rzucili się w pogoń, tak zorganizowaną i zabójczą, że niewielu żołdaków Saurona przetrwało jej koniec. Bitwa dobiegła końca.

***
Po chwili cała polana zaroiła się od zwierząt i elfów, którzy wspólnie świętowali upadek Dol Guldur. W tej doniosłej chwili Celeborn i Thranduil spotkali się pośród wiwatujących elfów. Padło wtedy wiele ważnych słów i wiele też rzeczy zostało ustalonych. Mroczna Puszcza stała się teraz Wielkim Zielonym Lasem – wolnym od lęku i ciemnych mocy, a lochy Gulduru opustoszały na wieki.


Rozdział II
Wędrówka


Radagasta bardzo ucieszył upadek wielkiego Saurona. Wreszcie po długim ,,więzieniu’’ jak nazywał pobyt w zamkniętym Leśnym Królestwie, mógł rozpocząć wędrówkę, bowiem zaczął marzyć o dalekich ziemiach.
Pragnął wyruszyć od razu, bez pożegnania lecz czuł pewne zobowiązanie względem Thranduila, lecz to w końcu pod jego dachem żył ostatnie miesiące. Po wielkiej uczcie z dala od wzgórza Amon Lanc, udało się Czarodziejowi porozmawiać z elfim władcą.
- Przychodzę Ci podziękować za gościnę w twych progach, bowiem teraz po upadku Mrocznego Władcy, wiele ziem jest do zobaczenia i uleczenia. Odchodzę. – oznajmił Radagast.
- Zaiste smutna to nowina. – powiedział Król. – Miło mi było mieć za domownika tak potężnego Czarodzieja.
- A ja ciepło będę wspominał czas spędzony w twych komnatach. –odrzekł Czarodziej.
I tak się rozstali – w zgodzie i przyjaźni na jednej z polan Wielkiego Zielonego Lasu, po to by już nigdy się nie zobaczyć.

***
Świeciło słońce, a delikatny wietrzyk unosił bure szaty Radagasta. Czarodziej mocniej chwycił swoją laskę i poprawił miecz, który otrzymał na początku marca od Thranduila.
Radagast miał zamiar wyruszyć do Eriadoru gdzie jak mówią zasłyszane wśród elfów pogłoski można spotkać najróżniejsze ptactwo niespotykanie gdzieindziej. Planował iść wzdłuż Wielkiej Rzeki Anduiny aż do Starego Brodu, następnie odejść trochę na północ i odnaleźć Wysoką Przełęcz i przeprawić się przez góry. Dalej zamierzał kierować się na północny-zachód by przez Dolinę Hoarwell dojść do Eriadoru.
Początkowo niewielu wędrowców spotykał na swojej drodze, byli to głownie leśni ludzie oraz handlarze z Dale. W miarę posuwania się coraz bardziej na północ napotykał coraz więcej krasnoludów zmierzających do Morii.
- Czekają tam na nas wielkie bogactwa. Cień został odepchnięty, a gobliny wycofały się do najniższych sal. Groza z Khazad Dum ustąpiła. – to i wiele innych rzeczy mówił Amii, dowódca liczącej kilkudziesięciu krasnoludów grupy zmierzającej do Kopalni. – Powiadają też – tu Amil zniżył głos do szeptu – że Durin powrócił i pomoże nam odbudować dawną chwałę!
Czarodziej powątpiewał w słowa krasnoludów, lecz mimo to życzył im szczęścia. O zapasy, których nigdy nie miał za wiele, nie musiał się martwić, gdyż spotykani wędrowcy chętnie dzielili się nie tylko nowinami, których zawsze każdy miał trochę w zanadrzu. A wierzcie mi działo się w szerokim świecie!
Radagast dalej wędrował wzdłuż Anduiny bez przygód i dopiero pod koniec czerwca w czasie wielkiej burzy przebył Stary Bród.

PPP.S. Krasnolud ma nazywac sie Amil. :wink: Dzieks Azaghal!
Ostatnio zmieniony 14 paź 2010, 10:57 przez TurinTurambar, łącznie zmieniany 1 raz.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie." - J.R.R. Tolkien

Awatar użytkownika
Azaghal
Strażnik wyschniętej studni
Posty: 298
Rejestracja: 29 sty 2008, 15:27
Skąd: inąd (Wwa)

Post autor: Azaghal » 12 paź 2010, 15:39

A już myślałem, że napisałeś dalszą część. Drugi raz nie będę wszystkich błędów wypisywać, bo to zadanie ponad moje siły ;).

Podam raczej ogólne rady:
:arrow: przy tworzeniu zdań złożonych bardzo uważaj na przecinki przed odpowiednimi spójnikami
:arrow: podobnie z wtrąceniami - oddzielamy je przecinkami z obu stron
:arrow: warto też zwracać uwagę na konsekwencję w używaniu nazw, np. w odniesieniu do Thranduila raz piszesz "elfi król", a raz "Elfi Król"
:arrow: jest też parę niezręcznych powtórzeń (niezręcznych - bo nie służących wyliczeniom czy wzmocnieniu dramatyzmu sytuacji), ale w zasadzie nie ma się czym przejmować
:arrow: no i trzeba pilnować niesfornej klawiatury, bo w tekście znajduje się krasnolud o imieniu Amli i krasnolud o imieniu Amil, a ja nie mam pojęcia, które imię jest poprawne :)

Cieszę się, że wróciłeś do pisania opowiadania. Nowe zakończenie - a w zasadzie początek nowego rozdziału zapowiada parę interesujących spraw. Cały czas trzymam kciuki :D.

Pozdrawiam, Az :o::
I never tell anybody exactly how clever I am. They would be too scared.

Awatar użytkownika
TurinTurambar
Plugawy Szaman
Posty: 1012
Rejestracja: 08 paź 2009, 15:05
Skąd: Stavanger/Norwegia

Post autor: TurinTurambar » 15 paź 2010, 9:26

Witam!
Praca rwie do przodu i nie moge za nia nadzarzyc! :wink: Sam sie dziwie, ze narzucilem sobie takie tempo (przy moim lenistwie) i zanidbujac inne wazniejsze opowiadanie i mase pracy z nim zwiazana stworzylem to. Jest to w sumie WIP, ale nie mialem juz sily na wyszukiwanie bledow i malo skladnych zdan, wiec moze ktos cos zauwazy. :wink: Wklejam od poczatku drugiego rozdzialu.



Rozdział II
Wędrówka


Radagasta bardzo ucieszył upadek wielkiego Saurona. Wreszcie po długim ,,więzieniu’’ jak nazywał pobyt w zamkniętym Leśnym Królestwie, mógł rozpocząć wędrówkę, bowiem zaczął marzyć o dalekich ziemiach.
Pragnął wyruszyć od razu, bez pożegnania lecz czuł pewne zobowiązanie względem Thranduila, lecz to w końcu pod jego dachem żył ostatnie miesiące. Po wielkiej uczcie z dala od wzgórza Amon Lanc, udało się Czarodziejowi porozmawiać z elfim władcą.
- Przychodzę Ci podziękować za gościnę w twych progach, bowiem teraz po upadku Mrocznego Władcy, wiele ziem jest do zobaczenia i uleczenia. Odchodzę. – oznajmił Radagast.
- Zaiste smutna to nowina. – powiedział Król. – Mi miło było mieć za domownika tak potężnego Czarodzieja.
- A ja ciepło będę wspominał czas spędzony w twych komnatach. –odrzekł Czarodziej.
I tak się rozstali – w zgodzie i przyjaźni na jednej z polan Wielkiego Zielonego Lasu, po to by już nigdy się nie zobaczyć.

***
Świeciło słońce, a delikatny wietrzyk unosił bure szaty Radagasta. Czarodziej mocniej chwycił swoją laskę i poprawił miecz, który otrzymał na początku marca od Thranduila.
Radagast miał zamiar wyruszyć do Eriadoru gdzie jak mówią zasłyszane wśród elfów pogłoski można spotkać najróżniejsze ptactwo niespotykanie gdzieindziej. Planował iść wzdłuż Wielkiej Rzeki Anduiny aż do Starego Brodu, następnie odejść trochę na północ i odnaleźć Wysoką Przełęcz i przeprawić się przez góry. Dalej zamierzał kierować się na północny-zachód by przez Dolinę Hoarwell dojść do Eriadoru. Lecz po drodze zamierzał wstąpić do swojej siedziby w Rhosgobel, by zaopatrzyć się w potrzebne rzeczy.
Początkowo niewielu wędrowców spotykał na swojej drodze, byli to głownie leśni ludzie oraz handlarze z Dale. W miarę posuwania się coraz bardziej na północ napotykał coraz więcej krasnoludów zmierzających do Morii.
- Czekają tam na nas wielkie bogactwa. Cień został odepchnięty, a gobliny wycofały się do najniższych sal. Groza z Khazad Dum ustąpiła. – to i wiele innych rzeczy mówił Amil, dowódca liczącej kilkudziesięciu krasnoludów grupy zmierzającej do Kopalni. – Powiadają też – tu Amil zniżył głos do szeptu – że Durin powrócił i pomoże nam odbudować dawną chwałę!
Czarodziej powątpiewał w słowa krasnoludów, lecz mimo to życzył im szczęścia. O zapasy, których nigdy nie miał za wiele, nie musiał się martwić, gdyż spotykani wędrowcy chętnie dzielili się nie tylko nowinami, których zawsze każdy miał trochę w zanadrzu. A wierzcie mi działo się w szerokim świecie!
Radagast dalej wędrował wzdłuż Anduiny bez przygód i dopiero pod koniec czerwca w czasie wielkiej burzy przebył Stary Bród.
Znajdował się teraz na dobrze sobie znanych ziemiach, gdyż w promieniu kilkudziesięciu mil znajdowała się jego siedziba. Za spokojniejszych czasów często przemierzał te tereny w drodze do Rivendell lub ku orlim gniazdom, lecz kiedy moc Saurona wzrosła w Mrocznej Puszczy zamknął (sobie tylko znanym sposobem) swą wieże i poszukał schronienia w komnatach Thranduila.
Rozpoczął długą wędrówkę źle utrzymanym Starym Traktem w kierunku Mrocznej Puszczy i co rusz natrafiał na krasnoludy śpieszące do Morii. Radagast nie dowiedział się od nich nic nowego, gdyż te powtarzały tylko: Durin powrócił i wskrzesi chwałę Dawnych Dni!
Po dwóch dniach nieśpiesznej wędrówki w palącym słońcu dotarł niemal do granicy lasu, lecz tam śpiesznie i nerwowo zboczył w kierunku północnym z traktu i szybko zlał się z otoczeniem. Mimo upadku Ciemności Czarodziej nie życzył sobie odkrycia położenia swej wieży ani też licznych wędrowców proszących o radę bądź o schronienie.
Po godzinie marszu wkroczył Czarodziej między splątane drzewa i szybko natrafił na wąską ścieżkę. Po godzinie marszu wzdłuż granicy lasu dotarł do Doliny Radagasta – jak nazywali ją niegdyś członkowie Białej Rady.
Dolina miała jakieś pół mili średnicy i dość stromo opadała w dół. Na dno doliny prowadziła kręta ścieżka, usypana z szarych i białych kamieni. Pośrodku Doliny stała kamienna wieża o podstawie półksiężyca, a jej krańce zwrócone były ku ścieżce. Rhosgobel, gdyż tak nazywała się ta wieża liczyła wiele stóp lecz jej porośnięty różnymi, a czasem nawet dziwnymi krzewami szczyt ledwo wystawał ponad wierzchołki drzew otaczających kotlinę. Z Liściastego Tarasu, jak zwykł mawiać na to miejsce Czarodziej, lubił on obserwować pogodę oraz przyjmować ptasich posłańców. Wieża była koloru brunatnego z licznymi oknami wychodzącymi na różne strony świata. Idealnie pośrodku wieży znajdowały się wielkie drewniane drzwi. Wrota były roboty jakiegoś wybitnego lecz zapomnianego artysty i nawet sam Radagast nie wiedział kto je wykonał - przedstawiały one dwa wielkie orły, które dotykały się dziobami. Całość wieńczył napis – Rhosgobel – siedziba Radagasta Pogromcy Ptaków.
W Czarodzieju odżyły wspomnienia. Długą chwilę stał na progu swego domu i rozmyślał. Wreszcie wyjął z jednej ze swych kieszeni mały i zakręcony kluczyk i ze słowami, które tylko on znał – otworzył bramę. Z wnętrza dobywał się trudny do opisania zapach – nie był ani przykry, ani przyjemny, lecz doskonale orzeźwiał. Radagast wziął głęboki oddech i zagłębił się w ciemny korytarz. Wrota z trzaskiem zamknęły się za jego plecami, podczas gdy ten szukał czegoś w małej szafce. Po dłuższej chwili jedna z pochodni rozświetliła mrok, a po kilku chwila cały korytarz był skąpany w chwiejnym blasku ognia.
Korytarz był szeroki i pusty – nie licząc małej i zniszczonej szafki. Schody z białego kamienia delikatnie pięły się w górę, by po kilku schodkach rozdzielić się.
Czarodziej bez namysłu skierował się ku prawej części wieży. Znajdowało się tam wiele pomieszczeń z ptasimi klatkami, najróżniejszych rozmiarów oraz sypiania Czarodzieja, czy raczej gniazdo, gdyż Radagast nie potrzebował wiele do spania i nawet we własnym domu sypiał na stercie liści i siana. Drugą stronę wieży zajmowały pracownie i magazyny.
Starzec zaglądał po kolei do każdej z sal, lecz nic się nie zmieniło od czasu kiedy liczny oddział orków niemal odkrył położenie jego siedziby (Rządca Dol Guldur właśnie na jej poszukiwanie wysłał ten oddział) i tylko szczęśliwy traf sprawił, że minęli jego siedzibę. Po tym wydarzeniu Radagast w pośpiechu opuścił Rhosgobel i klnąc na czym świat stoi musiał pożegnać się z niemal całą swoją kolekcją ptaków. Pozostawił tylko te z nich o których wiedział, że potrafią przetrwać bez jedzenia nawet kilka miesięcy. I tak za sprawą knowań Saurona, Radagast pożegnał się z prawie trzema setkami ptaków. Wiele z nich zdobył po ciężkich bojach w dalekich krajach, a niektóre z nich pochodziły aż zza Żelaznych Wzgórz.
Radagast ze smutkiem przyglądał się pustym klatkom. Kiedy dotarł do najwyższej z sal, usłyszał dziwny hałas. Czarodziej szybko dobył miecz i wziął jedną pochodnię. Po chwili ostrożnie uchylił drzwi do pomieszczenia. Szum ustał, a pod nogi starca przytoczyła się średniej wielkości klatka. Radagast próbował rozjaśnić mrok panujący w sali gwałtownymi machnięciami ręki, lecz ta nie ustepowała. Było to pomieszczenie gdzie zostawił pozostałe mu ptaki. Nagle z ciemności wystrzelił wielki, czarny ptak i swymi cielskiem powalił starca. W sali zakotłowało się – pochodnia zgasła, Radagast przewrócił się na inne klatki wybudzając z letargu inne ptaki, podczas gdy napastnik wyleciał. Pokoj wypełnił dźwięk zawodzących ptaków. Po chwili Radagast doszedł do siebie i zapalił pochodnie w pomieszczeniu. Wiele z klatek było poprzewracanych, a największa z nich miała powyłamywane pręty – to z niej wydostało się ptaszysko. Czarodziej szybko uspokoił w swej ptasiej mowie resztę ptaków i doprowadził do względnego porządku pracownię. Pośpiesznie nakarmił też wygłodniałe zwierzęta. Jak się szybko domyślił ptakiem, który go powalił był Arordoth, czarny i mięsożerny ptak z Rhun. Jak się udało ustalić w zamierzchłej przeszłości Pogromcy Ptaków (nie bez powodu nosił to miano), zwierzęta te polują w nocy na duże ssaki. Arordoth było zarówno mianem rasy jak i mieszkańca tej rasy w Rhosgobel.
Radagastowi udało się go zdobyć w czasie długiej, acz uwieńczonej sukcesem wyprawie. Przed wielu laty wyprawił się przez Mroczna Puszczę i dotarł do Rhun, wiele nieprzyjemnych przygód przeżył w tamtych rejonach, aż dotarł do morza Rhun. Tam po wielu dniach polowania, zabiciu matki zwierzęcia i nieomal nie tracąc przy tym prawej reki (do dziś na jego ramieniu widnieją trzy równoległe blizny) udało mu się uprowadzić małego niczym pięść Arordotha i dostarczeniu go do Rhosgobel. Lecz rany niemal nie zabiły go na skraju Mrocznej Puszczy, lecz szczęśliwy traf sprawił, że wracał tam wówczas Thranduil wraz ze świtą i uleczył rany Czarodzieja. Szczęśliwy przypadek jak mówią w Śródziemiu.
Teraz chluba Radagasta czaiła się gdzieś na korytarzach wieży. Starzec ostrożnie opuścił pokój i skierował się ku dolnym poziomom. Po drodze nie napotkał Arordotha, ale udało mu się zaopatrzyć w mocną siatkę i dwie fiolki – ciemnozielona i granatową. Czarodziej dotarł niemal na sam dół wieży. Swój miecz zastąpił laską i tak uzbrojony zszedł na dół.
Większość pochodni zgasła, lecz te najbliżej schodów dalej rzucały swój chwiejny blask. Radagast rzucił siatkę gdzieś w kierunku wrót. Niemal od razu z ciemności wyłoniły się dwa ciemnozłote ślepia. Radagast wycofał się na pierwszy stopień i usłyszał:
- Wypuść mnie! – zaskrzeczał w ptasiej mowie Arordoth i podleciał bliżej. Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz. Czarodziej krzyknął, siatka podskoczyła w górę i oplotła ptaka, a ten rozbijając w drzazgi szafkę padł na ziemię. Starzec jednym susem dopadł zbiega i uderzył głownią laski. Zwierze natychmiast znieruchomiało, a wtedy Radagast wlał mu do dzioba obydwa płyny.
Teraz czekała Radagasta mozolna praca. Jak ocenił ptak miał około dziesięciu stóp wysokości i trzy razy taką rozpiętość skrzydeł. Z długiego pyska wystawały trzy długie i zakrzywione zębiska, lecz w porównaniu do swej matki miał aż siedem szponów w każdej z łap. Czarodziej szczelniej owinął Arordotha i zaczął go wciągać po schodach. Po pół godzinie ptak obudził się i zaczął łypać oczami. ,,Całe szczęście, że została mi ta granatowa fiolka, bo bez niej maiłbym kłopoty’’ – pomyślał Czarodziej. Płyn ten (przepisu Radagasta) paraliżował mięśnie i jedna kropla tej mikstury wystarczyła by powalić rosłego mężczyznę, lecz w tym wypadku Radagast haustem wał cala miksturę w cielsko stwora. Po kolejnej pół godzinie udało się starcowi zataszczyć Arodotha do klatki. Czarodziej w kilku słowach zreparował pręty klatki i nałożył na nie dodatkowe zaklęcia chroniące.
- Już się nie wydostaniesz tak łatwo! – powiedział Radagast do ptaka i pogrodził mu palcem.
Starzec odłożył dalsze zwiedzanie wieży na dzień jutrzejszy i dziarskim krokiem udał się do swej sypialni.
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie." - J.R.R. Tolkien

Awatar użytkownika
Azaghal
Strażnik wyschniętej studni
Posty: 298
Rejestracja: 29 sty 2008, 15:27
Skąd: inąd (Wwa)

Post autor: Azaghal » 15 paź 2010, 14:30

Podoba mi się :). Nie ustrzegłeś się co prawda drobnych błędów, ale jest dobrze.

:arrow: Interpunkcja, interpunkcja, interpunkcja! Chyba Przepiszę to z poprawionym błędami i wyślę Ci na PM, bo aż oczy bolą ;).
:arrow: O ile mi wiadomo, ptaki nie miewają zębów, a w obrębie jednego gatunku nie różnią się ilością szponów. W sumie nie jest to bardzo ważne, ale trochę razi.
:arrow: Na wieży Radagasta jest wyryte jego miano, ale nie wie on, kto wykonał rzeźby? Może pomiń ten fragment z napisem nad drzwiami, brzmi to jak jakiś szyld taniego wróżbity, który stara się brzmieć poważnie i dostojnie.

Cieszę się, że Ci tak szybko teraz idzie, ale jeżeli masz jakieś ważniejsze opowiadanie, to może się lepiej nim zajmij :roll: .

Pozdrawiam, Az :o::
I never tell anybody exactly how clever I am. They would be too scared.

Awatar użytkownika
Gondolin
Bębniarz z głębin
Posty: 116
Rejestracja: 23 sty 2008, 19:05
Skąd: Warszawa

Post autor: Gondolin » 15 paź 2010, 14:58

Całkiem ciekawe, ale ograniczę się do komentarzy pierwszej część. Za dużo na raz.

1.
TurinTurambar pisze: Wreszcie po długim ,,więzieniu’’ jak nazywał pobyt w zamkniętym Leśnym Królestwie, mógł rozpocząć wędrówkę, bowiem zaczął marzyć o dalekich ziemiach.
Jeżeli "wreszcie" to znaczy, że marzył o wędrówce już wcześniej. Może nie "zaczął marzyć" ale "zawsze marzył". Tak jest trochę nielogicznie.

2.
TurinTurambar pisze: Pragnął wyruszyć od razu, bez pożegnania lecz czuł pewne zobowiązanie względem Thranduila, lecz to w końcu pod jego dachem żył ostatnie miesiące.
Powtarzasz "lecz". Może daj "gdyż"?

3.
TurinTurambar pisze: - Zaiste smutna to nowina. – powiedział Król. – Mi miło było mieć za domownika tak potężnego Czarodzieja.
Bez "mi". Mówi przecież w swoim imieniu, zaimek nie jest potrzebny.

4.
TurinTurambar pisze:
I tak się rozstali – w zgodzie i przyjaźni na jednej z polan Wielkiego Zielonego Lasu, po to by już nigdy się nie zobaczyć.
To zdanie też warto by przebudować. Tak mam wrażenie, że "rozstali się, po to by już nigdy się nie zobaczyć". Cel rozstania chyba był inny, po prostu się zdarzyło tak, że się nie zobaczyli.

5.
Interpunkcja! :)

Awatar użytkownika
TurinTurambar
Plugawy Szaman
Posty: 1012
Rejestracja: 08 paź 2009, 15:05
Skąd: Stavanger/Norwegia

Post autor: TurinTurambar » 02 lis 2010, 17:08

Azaghal bylo by mi bardzo milo, gdybys raczyl to przepisac, lecz osobiscie bym wolal, zebys uraczyl nas swoim opowiadaniem o krasnoludach. :wink: Ale Arordoth nie jest jakims zwyklym wroblem. :D Ma zeby i siedem szponow w lapach, takim go Eru stworzyl i jego dziel zmieniac nie bede. Co do interpunkcji, przecinki wstawiam bardziej na wyczucie, niz z wiedzy, ale to nigdy nie byla moja mocna strona. :wink: Co do wazniejszego opowiadania to co sie do niego zabiore staje w miejscu ::/: podczas gdy w tym idzie mi stosunkowo latwo, ale teraz juz tak szybko nie bedzie isc. :cry:
Gondolin, co do punktu 3, poprawilem to w orginale, ale zapomnialem to zrobic tutaj. Punkt 4 tez mnie razil, ale nie wiedzialem jak to rozwiazac. Co do 1 to pomysle, a 2 zmienie. 5 postaram sie cos z tym zrobic. :wink:

Pozdrawiam Turin Turambar

P.S. Wielkie dzieki chlopacy! :wink:

Dodano po 16 dniach 5 godzinach 36 minutach 46 sekundach:

Czasu malo, roboty wiele, masa przeszkod, ale Blekit wlecze sie do przodu. Oto co stworzylem nie dawno.

Wiele przyjemnych dni spędził Radagast w swojej siedzibie. Czarodziej zaopatrzył się w wiele potrzebnych rzeczy – najróżniejsze mikstury, dwie mocne siatki, miecz oraz laskę i rankiem dwudziestego lipca wyruszył w drogę.
Nie był to wymarzony dzień na rozpoczęcie wyprawy. Było zimno, padał deszcz, a na domiar tego wiał chłodny północny wiatr. Radagast szczelniej opatulił się płaszczem i ruszył w drogę. Deszcz nie ustał w nocy, ani też dnia następnego. Rozpogodziło się dopiero, wtedy kiedy Czarodziej dotarł do Brodu, a tam spotkała go nie miła niespodzianka.
Dwóch groźnie wyglądających południowców stało na moście i zażądali wysokiego myta, za przejście.
- Oddaj nam co masz a puścimy cię wolno. – rzekli do Radagasta. Czarodziej łypnął na nich spod nastroszonych brwi i bez słowa wyjął sakiewkę pełną złota. Wyższy z nich od razu wyciągnął po nią swoją brudną łapę, lecz Radagast zamiast mu ją podać upuścił na ziemię. Monety zabrzęczały i rozsypały się po ziemi.
- Głupi staruch! Uważaj co robisz! – krzyknęli i z błyskiem w oczach schylili się po złote monety. Nie zdążyli jeszcze podnieść ani jednej, gdy posypały się na nich grad ciosów. To Radagast dzielnie wywijał swą laską. Po chwili wyższy z oprychów z krzykiem wpadł do Anduiny, a drugi nim zdążył dobyć miecz, również podzielił los swego kompana.
- Trochę wody nie zaszkodzi! – powiedział Radagast. Szybko pozbierał porozrzucane monety i śmiejąc się ruszył przez most ku Wysokiej Przełęczy.
Pewnie niektórzy z Was chcą wiedzieć co się stało z oprychami. Myślę, że nie mam dla Was zbyt dobrych wieści. Katar, którego się obaj nabawili był chyba najmniejszą z nich. Jak mówią zasłyszane pogłoski w gospodzie Pod Rozbrykanym Kucykiem spotkał ich marny los…
Słońce dalej cieszyło swym blaskiem, lecz dnie stawały się coraz krótsze i zimniejsze. Radagast dalej kierował się ku Wysokiej Przełęczy. Droga, była wyboista i ciężka i prawie nie uczęszczana – nieliczni tylko krasnoludowie zmierzali do Siedziby Durina. Po wielu dniach wędrówki teren zaczął się podnosić, a góry w całym swym majestacie rysowały się na zachodzie. Na najwyższych wierzchołkach dalej leżał biały śnieg, a daleko na północnym zachodzie potężna burza z cała furią na jaką było ją stać waliła w ośnieżone szczyty.
W końcu Czarodziej znalazł się w górach. Wiatr hulał w górskich dolinach, a czasem nawet przynosił ze sobą drobinki śniegu, a te tworzyły delikatną siateczkę na brodzie starca.
- Ciekawe… Mhmm… Pomyślmy… - powiedział Radagast kiedy odnalazł schody prowadzące na Przełęcz. – Ciekawe czy będzie problem z mieszkańcami Goblinogrodu? – zapytał sam siebie.
Być może pamiętacie ta wielką burzę o której Wam opowiadałem? Otóż wcale nie straciła wiele z swej siły i pewnego sierpniowego poranka zaskoczyła Czarodzieja w drodze.
Nim Radagastowi udało się znaleźć jakąś suchą jaskinię, całkiem przemókł. Jaskinia okazała się zamieszkana (co jest niezwykle częste w tych jakże gościnnych rejonach) przez kilka rodzin krebainow z Dunlandu. Fakt ten niezmiernie zaciekawił Czarodzieja, bo przecież jak każdy wie krebainy żyły głownie w dunlandzkich lasach i bardzo rzadko zapuszczały się w górskie tereny. Fakt ten wcale nie pomógł ptakom, bo Radagast dalej chował urazę do Sarumana, a ptaki te służyły mu przecież za posłańców w czasie Wojny o Pierścień.

Musze zmienic ostatnie zdanie choc zupelnie nie wiem jak. Licze na konstruktywna kryke i porady. :wink:

Pozdrawiam Turin Turambar
"Tak to już bywa, że kiedy człowiek ucieka przed swoim strachem, może się przekonać, że zdąża jedynie skrótem na jego spotkanie." - J.R.R. Tolkien

derrkater
Opiekun Balroga
Posty: 1461
Rejestracja: 03 lut 2008, 16:39
Skąd: Warszawa

Post autor: derrkater » 02 lis 2010, 20:41

Czytałem tylko ostani wpis i to co mi się rzuciło w oczy to:

1. rób głębsze i bardziej wnikliwe - oddające nastrój opisy. Inaczej jedyne co dajesz czytelnikowi to fabuła, a że ta jest oparta na istniejącym już świecie, to może z tego być taka grafomania trochę.

2. Wieść nie może być najmniejsza.

3. Przy opisie wyboistej etc. drogi - usuń pierwsze i. Domyślam się jaki miałeś zamysł, ale brzmi wielce niezręcznie.

4. Mógłbyś zastąpić "Ciekawe... Mhmm... Pomyślmy..." czymś w rodzaju - "Starzec mruczał coś pod nosem"

5. Unikaj mówienia o sobie w narracji - "... o której Wam opowiadałem" <- to można wykreślić na przykład.

6. Co do ostatniego zdania, to nie sądzę by radagast zrobił cokolwiek jakimkolwiek zwierzętom, ale może być tak:

"Uraza Radagasta do Sarumana nie pomogła ptakom, jako że były one jego sługami w czasach wojny o pierścień."

Awatar użytkownika
Saruman z Isengardu
Gobliński jeździec
Posty: 80
Rejestracja: 13 kwie 2009, 17:27
Skąd: Strzałkowo

Post autor: Saruman z Isengardu » 18 lis 2010, 9:27

Całkiem całkiem może być trochę długie ale widać wkład pracy i czasu. Popracuj jeszcze trochę i niedlugo może w niedalekiej przyszłości będziesz pisać dzieła takie jak Pan Tolkien :D.
Stań po stronie złaaa!!!

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wszystko o książkach i prasie”