Anno domini 2007. Na dolną salę restauracji „Motostajnia” wchodzi mały pyzaty chłopiec z kosmicznym afro na głowie. W plecaku targa zakupioną 3 dni wcześniej, w markecie budowlanym, miarkę i kostki zebrane ze wszystkich planszówek znalezionych w domu. Obok spoczywa, w blaszanym pudle po holenderskich ciastkach, pieczołowicie owinięta watą armia Wysokich Elfów. Chłopczyna wyciąga modele i układa je na stole przepełniony dumą- wszak nie są jeszcze pomalowane na poziomie Kirdana, Haldira, czy innych formowych idoli, ale w jego oczach zbroje mimo braku cieniowania lśnią blaskiem godnym armii Eregionu.
Po pierwszej bitwie z jakimś innym, równie zahukanym, młodym człowiekiem, nasz bohater trafia na pierwszy stół. Naprzeciwko niego staje czarnowłosy czternastolatek o ciemnej karnacji dowodzący armią Isengardu. Pada nieśmiałe powitanie i rozpoczyna się bitwa, która na zawszę zmieniła historię polskiej sceny turniejowej…
Mało kto wie, ale to właśnie w takich, a nie innych słowach można by opisać pierwsze spotkanie duetu znanego dziś pod nazwą Lemur Kuligowski. Większość osób kojarzy nas raczej jako graczy „jednej rozpiski”, na średnio 20 modelach, z czego przynajmniej kilka ma 8 nóg albo skrzydła. Prawdą jednak jest, że zaczynaliśmy od armii „normalnych”, a nasze zamiłowanie do kilku modelowych rozpisek narodziło się w toku turniejowych wyjazdów. Co jednak ma nasze pierwsze spotkanie do całokształtu hobby w naszym życiu? Ano, moi drodzy, bardzo wiele. Bo Lotr, to nie tylko nasze plastikowe i metalowe figurki, ale przede wszystkim, ludzie.
Rok 2008- ekipa bydgoska w składzie Gokish, Sirsqell i Lemur wyrusza na pierwszego mastera- Northcon. Po miesiącach malowania udało się zrealizować marzenia całej trójki i dotarliśmy na turniej wyjazdowy. Poznajemy takie sławy jak Off, Kędzior, Kirdan i wielu innych. Wracamy pełni wrażeń i planów na przyszłość. W tym samym roku jedziemy na nasze pierwsze DMP, jeszcze jako XIII Kohorta, i tu rozpoczyna się na dobre epizod z Lemurem Kuligowskim.
Nastaje przełomowy rok 2009. Zostajemy oczarowani przez Pierwszą Damę Polskiego Lotra - Jagodę, która to niecnie zaciąga nas na masterze na korytarz z demoniczną jarzeniówką, gdzie poznajemy także Kielecką Ekipę Ostrego Żelkowania. Wśród „Enemi tiritiri” i „włosów jak u łowieczki” wyłaniają się bracia Zarębscy i Ajas z Venem, o których jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że staną się najbliższymi nam lotrowo ludźmi. Gdzieś po drodze zaśmiewamy się z Michałem Molendą z „dzidowców” i „punktów chwały”. Wtedy też trafiamy jako zagubieni wędrowcy na podkarpacie i spędzamy jeden z naszych najlepszych turniejów wśród pięknych górskich widoków, przy grillu, z ludźmi do których przylgnęliśmy od razu mimo skrajnie innych nastawień do gry w bitewniaki. Po raz pierwszy gramy gdzieś na SQ. Ale to nie ważne. Bo w tym też roku zaprzyjaźniamy się bliżej z ekipą pomorską, poszerzoną o nowe znajomości: Mucha, Miron, Darko. W październiku jedziemy na PGA i zapoznajemy dokładniej poznaniaków, po raz pierwszy spotykamy słynne UWO i nabijamy się z fryzury Ugluka. Rozpoczyna się częste jeżdżenie na mastery, a wraz z nimi coraz to nowi ludzie przewijają się przez nasze życie.
I wreszcie rok 2010, najbardziej owocny i najlepiej zapamiętany przez nas obu - zostaję sędzią ogólnopolskim i na fali zmian przeforsowuję swój pomysł Rankingu Drużynowego. W odpowiedzi na to powstaje Armia Północ, grupa ludzi, z którymi związani jesteśmy najbardziej, i z którymi dziś mieszkamy w jednym mieście. Osiągamy jakieś niezłe miejsca w rankingu, wygrywamy jakieś kolejne turnieje, ale znów aspekt hobbystyczny zostaje przyćmiony przez miliony wspólnych rozkmin i podróży z ludźmi z całej Polski.
Gdy ktoś pyta mnie co robię w wolnym czasie i opowiadam mu o bitewniekach, jego pierwsze skojarzenie to komputer i gry online. Z przerażeniem w oczach wysłuchuje, jak tłumaczę, że nie, że do tego są tereny, że przecież stoły, farby, kleje, kostki, miarki i powietrze gęste od przekleństw na rzuty. Lecz dopiero gdy na pytanie „Lol i wam się tak chcę jeździć?” odpowiadam ze zdziwieniem, że tak i to dla mnie najlepsza zabawa, niedowierzanie ustępuje miejsca lekkiemu powątpiewaniu w stan mojego umysłu. „Zwykli” ludzie nie są w stanie zrozumieć, że z wytęsknieniem oczekujemy kolejnych regulaminów, nie tylko dla rozkmin, ale przede wszystkim dla tych 3 dni spędzonych w gronie ludzi, wśród których zapomina się o codziennych problemach. Dziwnym dla nich jest, że drogie jak zboże kawałki plastiku są w stanie tworzyć coś na kształt drugiej rodziny, spotykającej się kilka razy do roku w zapyziałych szkołach i ośrodkach kultury.
Dziś mamy rok 2011. Pisząc te wspomnienia z kawałka mojego życia siedzę w pokoju z tym samym ciemnowłosym chłopcem, którego lata temu spotkałem na swoim pierwszym turnieju. Dookoła walają się kilogramy modeli, farb i klejów, a po podłodze trochę śmieci jakichś ubrań. Wygląda to jak typowe studenckie mieszkanie. Ale przecież jest to miejsce niezwykłe. Bo tu, i w kilkunastu innych takich mieszkaniach w całym kraju, spotykają się ludzie, których lata temu połączyła pasja zbierania modeli, a którzy dziś są dla siebie kimś więcej niż ludźmi, z którymi gra się w figurki.
Podziękowania:
Na koniec, poza artykułem chciałbym zawrzeć tę najważniejszą w sumie część całego przekazu. Z tego miejsca serdecznie dziękuję:
Jagodzie, Heru, Alexowi, Michałowi Molendzie, Balinkowi, całemu UWO, MKE i wszystkim Legionom, braciom Zarębskim, Yellołowi, SS’owi, Gokishowi, starej lotrowej Kohorcie, nowej ekipie kujawsko-pomorskiej, Christowi, Muszce, Darkowi, Offowi, Mironowi wraz z całym wymierającym już dziś Pomorzem, białostockiej nekropolii, członkom Konfederacji, Misiowej Gromadce, Pawlo, Mróvie, Kirdanowi, ekipie radomskiej, kieleckim żelkowcom, Zachodniej Ukrainie, i przede wszystkim Kulemu, Ajasowi, Venowi, Gymletowi, Emosiowi, Kevinowi, Forestowi, Pyrdusiowi, i Habie, oraz wszystkim innym, których tu nie wymieniłem nie z braku szacunku, a ze zwykłej sklerozy. Słowem wszystkim tym wspaniałym ludziom, którzy odmienili moje życie w ostatnich kilku latach, i dla których warto jest jechać setki kilometrów dowolnym transportem chociażby kilka razy do roku, i pograć nawet boxem minasów.












Ehh... az mi sie lezka w oku zakrecila chociaz w lotra nie gram juz od dobrych kilku lat ; )
Lemur! Mam zdjecia z tego pierwszego turnieju! z paru nastepnych rowniez! ; )
Ładnie napisane, Lemurze. Zakończenie z ciemnowłosym chłopcem porusza. Niestety panta rhei...
Lemur, graty... bardzo fajnie się czytało i bardzo ładnie to opisałeś rozwaliło mnie to: "mały pyzaty chłopiec z kosmicznym afro". Należało się pierwsze miejsce. GJ.
To jest wzruszajace he he
Fajny art
Solmyr + 1 też miałem plan ale wyszło jak zawsze. Fajnie by było jak by Lemurzasty artykuł zwiększył frekwencje na turniejach , w końcu o to chodzi żeby spotkać się z dziwnymi ludzmi którzy przesuwają modele ^^
Bardzo przyjemne :)
Sam chciałem coś napisać, zaczynając od mojego pierwszego turnieju, DFach które wygrał Michał Orsicz, ale nie chciało mi się :D
Obiecałem komentarz w naszym stylu więc:... uwaga...
+1 Ugluk ;)
Bardzo fajne. Trzeba przyznać, że w tej grze właśnie najważniejsi są ludzie i 90% wspomnień to ta związana z ludźmi, a nie z samymi bitwami.
A tak na serio to u mnie łezka sięw oku nie kręciła... lały się łzy litrami... można się wzruszyć ;)
Lemur prosił mnie o komentarz no to napisałem.
: O
co ja pacze, dawno mnie tu nie było : D
Dzięki wszystkim za miłe komentarze, cieszę się, że się podoba ;) Osobiście mam nadzieję, że jak najwięcej osób to przeczyta i jeszcze więcej będzie nas na turniejach wszelkiego typu.
Toff- nie, ten chall, na którym tak wcisnęliście był prawie rok po opisywanych zdarzeniach xP
Cos wspanialego, tylko przeklinac na limit znakow.
Pieknie wszystko ujales, brawa, najlepsze ujecie tego calego konkursu ; d
czy ten turniej z pierwszego akapitu to nie byl ten co do Was w czterech znad morza przyjechalismy?
Tak, praca rewelacyjna, szkoda, bo krotka, nie mniej gratulacje!!!
No Panie Lemurzasty ;). Jak to mawiają pingwiny: Lodzio miodzio !!
Pozdrawiam ;D
super praca :) dzieki za pozdrowienia zapraszam na MD 2012 jest puchar do odebrania odemnie :P
Piękne... naprawdę. Kurczę muszę zacząć jeździć na wyjazdówki :P
Strasznie słodka Ci to wyszło :* Ale niech miłość kwitnie :PP
Dusza humanisty :) Bardzo cieszy mnie, że praca się podoba wszystkim, że zrozumieli przekaz- że zajęła pierwsze miejsce. Dużo przenośni, a te mają to do siebie, że każdy je rozumie inaczej, poprzez pryzmat swoich własnych doświadczeń i tę pracę rzeczywiście "czuć". Dobrze jest tak trochę powspominać i zobaczyć, że łączy Nas coś więcej niż żołnierze :) Szkoda, że był tak niski limit znaków. Chętnie poczytałbym o Necromanterze, który rzucał 20 transfixów w turze i Sarumanie, który z jednego końca pola, rzucał 3 blasty w 3 różne strony w modele na drugim końcu planszy :P
Cytując Ugluka- uroczo :*
10K znaków chyba było? W każdym razie mało. Ale i tak zasłużone I miejsce, choć brakowało mi wątków humorystycznych. ;) Gratki.
Pozdrawiam Turin Turambar
Fajnie się czytało ;) teraz można Was poznać jeszcze bliżej... xP
Thx Hawk za uwagę - wrzucałem dwa razy, a system automatycznie daje jako autora aktualnie zalogowanego admina ;) Poprawka już jest.
Co do ilości znaków to faktycznie - 6k to mniej, niż mogłoby się wydawać ;) Mimo wszystko, Lemur skrócił historię, jak potrafił, a i tak wyszło to całkiem gibko. Generalnie centralnym wątkiem jest postać Kulego i trudno się temu dziwić ;) Wspomniane zostały też inne środowiska (poza nakielskimi strażnikami mostu zwodzonego na Noteci :D), także imo w prozie zawarte zostało tyle, na ile limit znaków pozwolił ;)
Ha! Uroczo :* łezka się kręci w oku
hmm to Lemurzasta praca ;) ale mozna pomyśleć że Emo troche nieczytelnie podany autor :P. Na przykładzie tej pracy widać ze 6k znaków to śmiesznie mało i nie było gdzie się rozpędzić żeby napisać coś naprawde ciekawego ;).