Po obejrzeniu słynnego filmiku poczułem, że imię Franca będzie idealnie pasowało do mojej Spider Queen - bo to wredne takie, kąśliwe, nigdy nie wiadomo, co zrobi, i komu to wyjdzie na korzyść ;)
Na kilku turniejach zagrałem SQ i okazało się, że od czasu nadania jej nowego imienia stała się jeszcze bardziej mordercza i zapewniała mi praktycznie same wygrane... W związku z tym w otchłaniach mego usłanego pajęczynami mózgowia zatliła się idea, by cały skład na Słupsk ochrzcić na cześć naszego gadolubnego rodaka zza oceanu.
Turniej planowany był na 600pkt, z tym, że armia na 450pkt była stała, a do niej każdy gracz miał prawo posiadać trzy kontyngenty po 150pkt, dopasowywane do przeciwnika oraz scenariusza. Zresztą pomysł mój, sprawdzony w kwietniu na pomorskich stołach.
Łącząc zasady challengera z ideami scalenia armii ze stylistyką dokarmiania bestii, uczyniłem szefową mej watahy wspomnianą już Francę - Spider Queen. Poza nią pojawił się Cziken - nowy, lepszy Durghaz Nar. W głównej części sił ustawiła się też piątka tropicieli na wargach, jedenastka pieszo, 16 morannonów z tarczami oraz 16 morgul guardów z tarczami i włóczniami.
Pierwszym dodatkiem uniwersalnym była grupa pod wezwaniem Nazgula 2/8/1 o ksywce Gary Gierrary, w której przycupnął jeden szpektr z bagien oraz pięciu Black Guards of Barad Dur.
Drugim dodatkiem o sprecyzowanym zadaniu była opcja z Shagratem (pseudo Szwagier), Giant Batami, 3 warg riderami, kolejnym tropicielem na wargu i jeszcze jednym pieszo.
Zaś trzeci kontyngencik to wersja głównie na ostatni scenariusz - znów Szwagier Shagrat, tym razem popędzany przez Drummera Trzycallera, ze wsparciem 4 morannonów tarczowników oraz 3 morguli z włóczniami.
Takaż oto horda zyskała nazwę PRedatoR K.RwA Squad i miała ruszyć na podbój Słupska.
Problem polegał na tym, że do gry brakowało mi wszystkich konfiguracji wargów, nazgula, drummera... Łącznie miałem 21 figurek do wymalowania w 5 dni - tyle mi zostało po powrocie z wczasów 18go lipca. Szczęśliwie podczas wyjazdu dałem radę pokonwertować tropicieli itp, a przedsięwzięcie malarskie, nazwane WMMCM - Wielkim Maratonem Malarskim Czarnego Mordoru - wyszło dość skutecznie. Do końca co prawda ważyły się losy mego przybycia, gdyż wraz ze wspomnieniami z wczasów przywiozłem jakąś chorobę, ale dwa dni diety i szybkie zaleczenie dały radę - w nocy z piątku na sobotę nakładałem lakier na figurki i gdy niecałe sześć godzin później wstałem z łóżka, by ruszyć na Słupsk, byłem niemalże rześki i niemalże wyspany.
Sama podróż była miła. Ekipa pomorska nie stawiła się zbyt tłumnie, ale lepiej iść w jakość, niż ilość. Poza wspierającą mnie już tradycyjnie Księżną pojawił się Ariel Artiss, który tym razem wypróbowywał Angmar, Draigar ze swym klimatycznym Gondorem oraz mordorski Ponczek. Dodatkowo w Lęborku powitała nas kaszebska orkiestra i dźwięki jej instrumentów wprowadziły w iście świąteczny nastrój.
Gdy już przybyliśmy, oczom naszym ukazała się pełna radości grupa LotRowców z wielu stron Polski, oraz wiecznie uśmiechnięty i służący dobrym słowem organizator - Emosław Emoś E-Marcin.
26 osób - przy tylko 6 miejscowych - to naprawdę dobry wynik. Zwłaszcza, że wspomniani miejscowi i tak mieli ponad 100km do przejechania, a z samego Słupska zjawił się tylko jeden gracz - Kastyl.
W każdym razie ja tu plotę głupoty, a Franca się głodna robi. Trzeba przejść do rzeczy, czyli jedzenia!
Ajas na start? Zostałem wyzwany na forum przez mało znanego poznańskiego gracza, który ostatnio postawił na kontrowersyjność i stwierdził, że poprawi GW ;) Poza kwestiami LotRowymi mieliśmy sobie jeszcze kilka spraw do wyjaśnienia, jak choćby kwestię bezsensowności „odbudowy" zamku królewskiego w Poznaniu, ale głód walki zrobił swoje - porzuciliśmy mało istotne tematy i przeszliśmy do rzezi.
Ejdżys wystawił Harad, zresztą Harad Geigera. Jego Mordor miała Estel. Harad Geigera malował Emo. Trudne to wszystko, nieprawdaż? Armią ogólnopoznańską dowodził Suladan, zaś w składzie radosnych wojsk południowców znalazło się 10 mahudów z importu, 4 halftrolle z przemytu, 30 włóczników, 20 łuczników - razem 65 zdrowo opalonych turbanów i temu podobnych.
Ja postawiłem na Garego - wziąłem opcję z Nazgulem, spektrem i gwardzistami.
Scenariuszem było obsypywanie Piernika cukrem - czyli doczłapanie się do środka stołu jednym z trzech posłańców (tak zwany Mucha, na szczęście jedyny na turnieju to ten ze scena) i wyrzucenie odpowiedniej ilości oczek na kości.
Ajas postawił wszystkie łuki z prawej strony swych wojsk. Ja armię od razu słałem naprzód, tylko tropicielami ciągnąc się wolniej i salwując.
Sprawa była prosta - dotrzeć szybciej do środka. Od ostrzału haradrimów broniła mnie górka, więc strat praktycznie nie było. Gdy obaj zbliżyliśmy się do centrum i do śpiącego Piernika stało się oczekiwane... Gonna Giwym a Cziken! Durghaz Nar spisał się zacnie i wypuścił śliczny heroiczny ruch, dzięki czemu moje wojska stanęły twardym dwuszeregiem, odcinając drogę haradrimów do Piernika.
Morgul Stalker, będący posłańcem - Muchą - doczłapał do celu swej podróży i w pierwszej próbie radośnie dał 6 na rzut z cukrem i zapewnił mi 150 małych punkcików. To miało zaważyć na wyniku bitwy. Bo w samej walce szło bardzo równo - mimo, że duża grupa mahudów tłukła mi morki, to i ja nieco im oddawałem.
Spektr co jakiś czas odsuwał jakiegoś twardszego południowca, tylko nazgul zawodził całkowicie. Wykorzystał przez 5 kolejnych tur 5 punków woli na transfixy i 4 razy pod rząd rzucał 1...
Również Franca była jeszcze nierozgrzana, gdyż już przy pierwszej szarży na dwóch Mahudów musiała wydać swoje obie potęgi, by wygrać walkę. Na szczęście później ją trochę podrapałem po odwłoczku i już mi nie robiła takich numerów. W kolejnych turach zjadła jeszcze kilku murzynów oraz jakiegoś tłustego halftrolla, na którego ostrzyła sobie już wcześniej szczękoczułki.
Mimo kilku kolejnych prób wysypywania cukru już ani razu nie udało się memu Muszce dokonać tego dzieła, wokół wciąż był tłok i trzeba było rzucić 6. Miałem nadzieję, że jakaś z 4 czy 5 prób jeszcze się powiedzie, ale Mufa figurkowa nie współpracował tak, jak to i oryginał ma w zwyczaju.
W każdym razie wynik był dla mnie korzystny, więc upływ czasu mi bardzo nie przeszkadzał. Ajas postanowił grupę łuczników trzymać wciąż z boku i ostrzeliwać moje wojska ze skrzydła. Sądzę, że była to niepotrzebna zabawa, bo dodatkowe jednostki w walce na pewno nie byłyby mi na rękę. Jednakże może poznańska szkoła LotRa mówi inaczej ;)
Najciekawsze walki rozgrywały się między mahudami oraz black guardami - i wychodziły dość równo. Raz murzyn czarnuszka, raz czarnuszek murzynka - ot, taka staropolska wyrzynka ;)
Nadszedł koniec czasu i wojowie zamarli na swych pozycjach.
Okazało się, że w małych punktach straciłem 222 za jednostki, zaś Ajas 223 - dzięki rzutowi na cukier byłem o 150 do przodu, co dało mi ostatecznie 11:9.
Trzeba było przenieść się ze swoją watahą z pierwszego stołu nieco niżej...
Gdzie już czekał na mnie kolejny przeciwnik - DixDix, dowodzący hordą leśnych elfów. I pisząc „horda" naprawdę mam to na myśli, bo jak ostrouchy mają liczebność większą od orków, to coś jest nie tak... Naprzeciw mego radośnie krwiożerczego stadka jawiła się oto bowiem obLeśnie syta grupa rajtuziaków pod wezwaniem mości Legolasa - 20 łuczników, 18 miotek, 21 włóczni. 60 elfiaków chcących rozstrzelać smoczka - bo takiż mieliśmy scenariusz.
Ja specjalnie na te rozgrywki przygotowałem wersję rozpiski z Giant Batami i zwiększoną ilością wargów, które od razu trafiły do pierwszej linii. Tam już czekała Franca, rozgrzewając silniczki odnóży i czekając na sygnał do startu.
Gdy tylko rozpoczęliśmy, mój mobilny zagon ruszył co sił w kończynach naprzód. Tylko złota jedenastka tropicieli szła wolniej i salwowała, szalenie zresztą skutecznie, gdyż od razu ściągnęła jakiegoś elfa z łukiem. Ostrouchy skupiły uwagę swych ślicznych ocząt na strzelaniu do smoka. Jednakże nie szło im to za dobrze, przeciwnik mógł narzekać na swe rzuty - ba, nawet powinien!
Podejrzewam, że po prostu w otoczeniu tylu jędrnych kolegów wciśniętych w ponętne rajtuzy łucznicy elficcy nie mogli się skupić.
Tymczasem moje wojsko nie odpoczywało - korzystając z dużego ruchu do smoka dopadły 4 wargi, Franca oraz - co istotne - Giant Baty. Leśniaki wybiegły częściowo przez las, by obrzucić moją mobilną grupę miotkami. Kilku z nich dostało jednakże celnymi łuczniczymi bluzgami od mych nieustraszonych tropicieli na wierzchowcach. Elfy strzelały poprzez moich wojów do wielkiego gada, ale jedyne, co zrobiły, to ubicie dwóch wargów.
W walce smok miał 4 kości, ale dzięki nietoperzom bardzo małe szanse na zwycięstwo. No i nie wygrał - w rzutach na ranienie natomiast popisały się wargi, każdy z dwóch walczących piesków zadał po 1 celnym ugryzieniu. Franca miała więc ułatwione zadanie i raniąc na 5+ z rozkoszą dokończyła dzieła, mordując gadzinę brutalnie.
Plan na dalszą część rozgrywki był prosty - ostrouchów jest jak mrówek, więc jeden z orków przejmuje skarb, a armia się powoli cofa za górkę... Jednakże spojrzenie na straty nieco zmieniło mój pomysł - okazało się, że w czasie bodaj 3 lub 4 tur moi tropiciele salwując oraz strzelając bezpośrednio z wargów zabili 8 elfów. Zyskałem przewagę liczebną, dodatkowo Dixdix wciąż miał armię podzieloną na dwie części...
Tak więc po początkowej fazie wstecznego zmieniłem zdanie.
I zaszarżowałem moimi nieustraszonymi wojakami na przebrzydłe elfy zakute w te ich bezuciskowe geterki. Już kilkunastu ostrouchów spoczywało martwych, więc w orkowych sercach coraz więcej było odwagi i woli walki - wiadomo, co dwa ostrza, to nie jedno.
Tropiciele rozdzielili się i zaczęli również podążać ku walce. Ich popisy strzeleckie ustąpiły miejsca szansie na zabłyśnięcie w tradycyjnym mordobiciu. Elfobiciu znaczy.
W związku z wiecznym i nienasyconym głodem Francy oraz rosnącą przewagą liczebną trzon ostrouchów kładł się jako zboże po deszczu. Ich niska obrona w kontakcie z silnymi uściskami ekipy Szwagra Shagrata sprawiała, że szybko tracili dech w mordorskich przytulakach i niebawem nie było już czego zbierać...
W związku z tym Predator K.Rwa Squad po chwili zmienił kierunek biegu i rzucił się do łuczników elfickich, którzy tymczasem robili to, co umieli najlepiej - zwiewali co pantofel wyskoczy.
W niemal taktycznym odwrocie przewodził elGolas, walecznie zdając męstwo i otaczając się naiwnymi poplecznikami, byle tylko nie spotkać się śliczną buźką w szczękoczułki z Francą.
Czasu do końca gry było coraz mniej, więc wataha mordorska parła jak najszybciej ku znienawidzonemu wrogowi. Właściwie to nie znienawidzonemu. Wprost przeciwnie - tak właściwie to Franca uwielbia elfy, zwłaszcza leśne, mają takie delikatne i soczyste mięsko, pachnące jałowcem, z delikatną nutą jeżyny. A jej ulubioną przekąską od dawna już był Legolasik, zawsze wonny, świeży, zadbany, wygolony, natarty gdzieniegdzie przyprawami. Także pędziła ku niemu na skrzydłach swej miłości niczym strzała amora leci do serca kochanka!
Jeszcze kilka chwil ignorancki bohater elfów odmawiał uczynienia z siebie przystawki, licząc na zakończenie gry, ale nie to było jego przeznaczeniem. Gonna giwer a Legolas!
Wreszcie się spotkali! Nietoperze podleciały do syna Thranduila, zatańczyły wokół niego, zaczarowały wirem skrzydeł, a Franca łypnęła ósemką niepodważalnie ślicznych oczu o pięknie głębszym niż Rów Mariański i Legolas nie oparł się jej urokowi, mięknąc w stawach.
Chrup chrup, mlask mlask, i po sprawie.
Został tylko jeden biedny elf na stole, o oczach z przerażenia większych niż jaja strusia emo (nie mylić z Emosławem). Mordor zostawił go, by przekazał krajanom, że z Francą i Czikenem się nie zaczyna...
19:1 do przodu.
W związku z tym zwycięstwem w ostatniej bitwie soboty trafiliśmy z mą Księżną i krwiożerczą gromadką na Grunthora - czyli Mordor vs Mordor. Kolega stołeczny miał ostry składzik o sytym pierwszym szeregu - 19 black guardów nie nastrajało zbyt pozytywnie. Wspierali ich morgul guards w takiej samej liczbie, wszyscy zakuci w ciężkie pancerze, z tarczami i włóczniami. Do tego 20 tropicieli, więcej, niż u mnie. Oraz grupa dowodzenia - moim zdaniem mankament tej rozpiski - Shagrat oraz kap black guardów.
Scenariusz tym razem polegał na podzieleniu armii i wystawieniu połówek w dwóch przeciwnych rogach oraz liczeniu zabitych jednostek co turę od momentu pierwszej walki i zajęciu wrogich stref wystawienia. Dodatkowo panował półmrok na stole, widoczność tylko 12", za to +1 do ranienia z broni dystansowych.
Ja wybrałem armię z Garym Nazgulem Gerrarym, spektrem i 5 BGoBD. Podzieliłem wojsko tak, że w jednej części znalazło się 11 pieszych tropicieli, trochę morków, morguli oraz sam Cziken - to była ta słabsza ekipa. W drugiej wszyscy warg trakersi, czarnuszki, Gary, reszta wojsk i oczywiście Franca.
Od razu ruszyliśmy ku sobie z Grunthorem, ramiona otwarte, uśmiechy na twarzach, chęć tulenia w oczach - przeciwnik oczywiście zdecydował się swoimi dwoma częściami armii iść zmiażdżyć mi fragment z tropicielami i Czikenem. Czyli zgodnie z maksymą - podpuszczam go pod „Gonna giwym a Cziken!".
Ucieszyłem się, widząc podchodzące do moich chłopaków wojsko z 9 BGoBD z przodu... Zapowiadało się na bardzo miłe tropicielobicie wręcz, tylko nie dla mnie.
Grunthor ustawił 4 łuczników w zasięgu, ale miał pierwszeństwo. W związku z tym ja lekko cofnąłem armię, swoją jedenastkę trakerów wstawiłem za morki i ustawiłem tak, by odpalić nieco radości w te wielkie pawęże wrogich BGoBD i samemu być poza łukami wroga. To była piękna tura - moja Księżna się spięła, co zauważył nawet techniczny tOff, po czym tropiciele zabili 5 black guardów w jednej salwie! +1 do ranienia to świetna sprawa.
Troszkę w ten sposób zdziwiliśmy kolegę Ursynowskiego, który
- zdaje się - nieco zlekceważył potęgę łuków Predator k.Rwa Squadu. Zresztą sam
to najlepiej opisał w iście poetyckich słowach:
- Ja się pytam, gdzie jest moja ściana tarcz? No ja się pytam?...
Ale nikt nie odpowiedział.
W kolejnej turze moi mordercy zasięgowi jeszcze się cofnęli i dalejże miotali idealnie celne uwagi tyczące higieny i urody BGoBD wroga, a nawet czasem ich matek. Mało kulturalne, ale w wirze walki ciężko zapanować nad wojskiem. Wskutek tych radosnych wiązanek staropolskich padło kilku kolejnych czarnych i okazało się, że zostało tu tylko 3...
Tymżeczasem kolejne części naszych armii pędziły ku mordobiciu. Franca widząc skuteczność łuków zazdrościła im ilości morderstw, ale jeszcze wciąż była za daleko, by wziąć sprawy w swoje odnóża.
W kolejnej turze doszło do pierwszych walk wręcz. Pozbawiony części czarnych Grunthor już nie miał tam takiej przewagi i miało iść dość równo. Kilku z tropicieli wycofało się za linię mych wojsk i poczęło strzelać do posiłków wroga, które to zbliżały się nieuchronnie. To naprawdę był dzień trakersów. Zresztą rzucić 5+ aż tak trudno na kilku kościach nie jest, więc kolejni black guardzi padali.
Od tego momentu liczyliśmy killsy w walce i na początku było bardzo wyrównanie. Wreszcie też mogliśmy przestać zasuwać wokoło stołów - naszego i pobliskich. Scenariusz był mobilny, ale nawet bardziej dla nas - graczy - niż dla jednostek. Przez konieczność przesuwania figurek z jednego i drugiego rogu trzeba było się nieco naspacerować... Myślę, że w przyszłym roku lepiej go zrobić w niedzielę rano - będzie świetna rozgrzewka i pobudka.
Franca wreszcie dorwała się do walki, pożerając na start jakiegoś black guarda. W związku z dużą zawartością żelaza BGoBD stwierdziła, że to nie jest ideał pożywienia i woli coś ciekawszego. Swymi ponętnymi oczkami wypatrzyła w tłumie wrogów Shagrata i pogalopowała do niego, radośnie machając nogogłaszczkami. Widać jednakże za dużo w tym wszystkim było niefrasobliwego rozanielenia, bo mimo przewagi w walce nie była w stanie go ubić przez następne tury...
W międzyczasie druga grupa armii zbiła się w wielką, drgającą kupę żelastwa z drugą częścią przeciwnika. Tropiciele z wargów nieco postrzelali, spektr trochę poprzesuwał jednostki, a nawet kapitana BGoBD. Korzystając z tego Gary rzucił nań transfixy i w końcu go sparaliżował. Rozentuzjazmowane obrotem sprawy trakersy zaszarżowały na dowódcę wroga i... stanęły w miejscu.
Przez kolejne dwie tury osaczony i strasfixowany kapitan rzucał 6, podczas gdy moi przeważający liczebnie wojacy nie byli w stanie tego zrobić... Nawet, gdy poza trzema warg trakerami do bijatyki dołączył mój black guard ze wspieraniem. W końcu jednakże inaczej wykończyłem wrogiego dowódcę - pozwoliłem mu uciec, gdy zdecydował się wykonać heroika po utracie połowy armii.
W tym momencie przypomniałem sobie o tym, by zająć strefy rozstawienia wroga, czyli rogi stołu. Do tego idealnie nadawali się tropiciele na wargach, więc od razu ruszyli w odpowiednich kierunkach. W punktach za zabijanie jednostek miałem przewagę, acz teraz musiałem skupić się na tym, by częścią wojska tarczować się i dać czas wargom na dopadnięcie celów podróży.
Franca schrupała Shagrata i zapewniała mi kolejne morderstwa, w końcu dając przewagę 5:2 w dużych punktach za mordowanie.
Niestety, Gonna Giwym a Cziken wyszło zbyt dosłownie, gdyż Durghaz- Nar w wirze walk dostał tasakiem przez łeb. I była to bodaj jedyna bitwa, w której mój Kurczaczek nie dotrwał do końca.
Wargi szybko zajęły rogi rozstawienia wroga, więc dokończyliśmy rzezi i dość niespodziewanie dla mnie (i Grunthora chyba też) okazało się, że straciłem tylko 138 małych punktów. Dzięki temu wynik końcowy to było 20:0.
I na koniec pierwszego dnia miałem drugie miejsce w klasyfikacji generalnej, tracąc tylko 1VP do Kijanki/Żabolencji - mojego oczywistego przeciwnika na pierwszą, niedzielną bitwę...
Po graniu nadszedł czas na różnorodny odpoczynek - niektórzy jedli cynamon, innych pochłonęło Heroes of Might and Magic III (świetna rzecz), część - jak my - poszła posilić się do pobliskiej pizzerii. Później jeszcze stoczyłem dwie bitwy z Xardem i Draigarem w Infinity, szerząc jedyną słuszną wiarę. Polecam tego bitewniaka, poza świetnymi figureczkami ma ten plus, że wystarczy wziąć 8 miniatur i można giercować, a radości z tego jak z niejednej LotRowej wyrzynki! Po czym, dość zmęczony, złożyłem się do łóżka.
I tu jeszcze jedna impresja - właśnie łóżka! Na challengerze opcja wyspania się w pełnym komforcie z pościelą, poduszkami, w zamkniętym pokoju, to naprawdę świetna sprawa. I duży plus miejscówki słupskiej, za co też gratulacje i podziękowania dla Emo.
A przyjezdnych informujemy - gołębie nie jedzą ludzi. Mewy też. Nawet kormorany czarne. Pozdrawiamy :P
Wracając do LotRa - w niedzielę rano czekała mnie jedna z trudniejszych bitew, a na moją Francę jedno z większych wyzwań - spłacenie swego kosztu, mając naprzeciw inną SpideR Queen.
Ale - jak wiadomo - Królowa może być tylko jedna!
Żabka wystawiał swą armię jako drugi - a miał w niej SQ właśnie, Shagrata, do tego 17 morannonów, 17 morgul guardów z D6 i włóczniami, oraz, co ciekawe, 19 morgulskich łuczników - trafiają co prawda „tylko" na 5+, ale za to mają zasięg lepszy od tropicieli... No i na szczycie tortu armijnego Kijanki znajdowało się jeszcze 5 spektrów - czyli moje chłopaki musiały być naprawdę odważne w tej bitwie.
Ja ustawiłem się prosto - morki z przodu, w drugim szeregu 11 tropicieli, za nimi tropiciele na wargach i reszta porozrzucana. Oczywiście do podstawowego składu armii dołączył niepowtarzalny Gary Gerrary, pięciu Black Guardów oraz mój jeden spektr - stawiający na jakość, nie ilość.
Franca przycupnęła sobie za górką i łypała oczkami na wroga.
Królowa jest tylko jedna. Księżna też!
Celem scenariusza było spłacenie kosztu lidera - u obu z nas to Spiderki. Dodatkowo należało się przebić przez krawędź wystawienia wroga. Utrudniał to - poza wojskiem przeciwnika - również upał, który co drugą turę doskwierał bardzo wojakom, raniąc obronę 6 na 6/6.
Ruszyliśmy do siebie powoli, idąc po 3 cale. Franca schowała się za górkę, a wojsko szło...
W drugiej turze były pierwsze rzuty na upał i pierwsze niespodzianki. Losowość to wspaniała rzecz, jak wiadomo. Żabolencja miał w armii 34 jednostki mogące ucierpieć od ognia. Ja 21. U mnie zginęło więcej, w tym oczywiście jeden z pięciu BGoBD. Bywa...
Kolejne tury to spokojne podchodzenie w zasięg i strzelanie. Tym razem tropiciele nie szaleli, z salwy nie robiąc praktycznie nic. Tymczasem łucznicy przeciwnika radzili sobie nieco lepiej i straty u mnie powoli, acz systematycznie rosły.
Zwłaszcza, gdy morgule Żabci osiągnęły zasięg normalny. Jednak te 6" różnicę robi sporą, bo moje biedaki salwowały, a tamci na 5+ nieźle trafiali i do tego zabijali. W związku z padaniem moich trakersów zdecydowałem się na przyspieszenie - wojsko biegło 5", a zza trzeciego szeregu strzelali moi wargowi miotańce - zresztą kogoś nawet trafili.
Żabolencja zdecydował się na cofanie swoich wojsk i obrzucanie mnie pociskami, co szło mu niezgorzej. Przy okazji co drugą turę ktoś u nas spadał z powodu upału, także powoli straty rosły po obu stronach. Moja Franca biegła za kolegami, natomiast SQ wroga nie wychylała się zza górki. Nieco dalej kryło się kilku orków, których - jak Kijanka sądził - nie widziałem.
Wreszcie zbliżyliśmy się już bardzo do siebie i Kijanka zdecydował, że zaszarżuje swym wojskiem - czyli w końcu nieco mordoklepańska! Z jednej strony morannony, z drugiej strony morannony, morannony z każdej strony. Nieco się gmatwało, na szczęście kwieciste podstawki wroga pomagały w rozpoznawaniu swoich i obcych.
Pierwsza tura walki mogła być bardzo w plecy dla mnie. Mogła, gdyby Żabcia wykorzystał 5 spektrów do pozostawienia moich tropicieli w drugim szeregu i w związku z tym zablokował mych morków bez wsparcia. Jednakże zdecydował się na inne rozwiązanie, dzięki czemu w swej turze ruchu wymieniłem traki na morguli z włóczniami i bijatyka szła dość wyrównanie. Wraz z Francą ucieszyliśmy się bardzo na widok pewnego pana w pierwszym szeregu walk - oto okazało się, że wrogi Shagrat mężnie wyszedł naprzód obijać mi morki. Radocha!
Jeśli jeszcze nie wiadomo, czemu tyle to szczęścia wywołało, to już tłumaczę - wymieniliśmy się heroikami, dałem Żabci Czikena i go przyjął. Gary Gerrary rzucił transfixa na Shaggiego, Franca popędziła co odnóże wyskoczy na morka obok, zrobiła heroiczną walkę, zjadła adwersarza i podbiegła do dowódcy wroga... Szczękoczułki zafalowały, jad trysnął, głowa Shagrata poszybowała w powietrze, a tors został szybko połknięty. 60 pkt za niego, 8 za morka - już ponad 75% spłacenia Francy, co dawało mi 150mp za scen, i wystarczyło zabić jakiegoś kolejnego urwisa, by mieć 300mp...
5 wrogich spektrów nieco mi przeszkadzało, ale zdawanie męstwa szło nieźle. Dodatkowo zacząłem straszyć wrogą SQ moimi warg trakerami - dzięki przewadze wzrostu czaili się co turę na pajęczycę przeciwnika i ostrzeliwali, wbijając jedną ranę. Późno Żabcia wysłał Spiderkę do walki, zresztą mój nazgul Gary nieco chłodził jej zapały. Tymczasem Franca w pięknej szarży spożyła kolejne dwa morki i zapewniła mi 300pkt za scenariusz.
Dalej walki szły dość równo. Aczkolwiek okazało się, że czasu coraz mniej. Próbowałem wysłać dwóch wargowych tropicieli ku krawędzi wroga, ale przy pięciu spektrach szans praktycznie nie było... Kijanka chciał swoimi zaczajonymi orkami przebić się do mnie, ale to też było całkowicie niemożliwe.
Trochę jeszcze powalczyliśmy, trochę postrzelaliśmy - moi tropiciele postraszyli wrogą Spiderkę celując w jej walkę, ale niestety nic nie byli w stanie zrobić. Nazgul chciał jeszcze rzucić nań rozkaz i dać do zjedzenia mojej, ale nie popisał się rzutami... Tymczasem Franca zjadła kolejne przekąski i to był koniec gry. Po podliczeniu punktów okazało się, że w zabitych jednostkach ogólnie Żabolencja miał przewagę, ale spełnienie kodeksu honorowego przez moją liderkę przechyliło szalę zwycięstwa - 12:8 dla Predator K.Rwa Squadu!
Po tej bitwie wyszedłem na prowadzenie w turnieju. Drugie miejsce wciąż miał Żabcia, tracąc do mnie 3VP za same bitwy. Trzeci był Ajas, dalej natomiast Tredor - czyli mój finałowy przeciwnik.
Acz mój imiennik nie był sam! Stwierdził, że skoro ja mam wsparcie ze strony płci pięknej, to i on takiego potrzebuje. A w związku z tym, że Estel wygrała ostatnią bitwę walkowerem przez przymusowy wyjazd Draigara, to zaoferowała swoją pomoc. Od razu zaczęli przemyśliwać skomplikowane taktyki i rozwiązania, które zapewniłyby im wygraną...
Ełczanie kombinowali, wybrali też skład armii - przeciw mnie na stole pojawiło 54 wojaków. Dowodził nimi Król Haradu konno z lancą, wsparty przez kapitana korsarzy i Bo'suna. Część haradrimską tworzyło 14 włóczników, 2 mieczników, 9 łuczników z włóczniami oraz 3 mahudów na wielbłądach i półtroll. Tymczasem piraci wystawili pod sobą 7 łuczników oraz 15 tarczowników - spora liczba lepiej wyszkolonych jednostek od moich, za to też dość miękkich.
W każdym razie para przeciwników wyglądała na zadowolonych z siebie.
Podobnie, jak jeden z szalonych korsarzy - znany w klubach łysy pan o zatajonych danych. W Wielkiej Brytanii ma zakaz wstępu do pubów i na mecze.
Ja specjalnie na ten scenariusz przygotowałem rozpiskę z Drummerem Trzycallerem, wspieranym przez Szwagra i resztę kompanii. I nawet miałem przewagę liczebną!
Od razu ruszyłem z kopyta do przodu, korzystając z bonusu od bębnów. Celem scenariusza było zajęcie wzgórza - posiadanie na nim większej ilości jednostek w 6 oraz ostatniej turze gry. W związku z tym moje pancerne morki pędziły naprzód szybciej, niż gepardy. Choć może nieco mniej zwinnie.
Tylko grupa łucznicza zasuwała swoje dozwolone 4,5", żeby nieco posalwować. Nawet trafiali, choć z zabijaniem to już im nie szło... Widać wystrzelali ostrą amunicję na Grunthora i teraz samymi ślepakami pluli.
Tredor trzonem armii zasuwał po 6", trzymając łuki z lewej strony i ostrzeliwując moje nacierające wojska. Dużo nie zrobił zresztą. Osłona od wzgórza i mała ilość czasu mocno w tym przeszkadzały.
Już w trzeciej turze wymieniliśmy się grzecznościami w formie heroików - po mojej stronie oczywiście to Cziken się popisywał taktycznymi rozegraniami. Dzięki temu część morków wspięła się szybko na wzgórze i zaczęła powoli okopywać swe pozycje. Dodatkowo z tyłu powoli zbliżał się ogień, czyli kolejna atrakcja tego scenariusza. Aczkolwiek nie mieliśmy zbyt wiele czasu na cieszenie się nim i grillowanie kiełbasek - trzeba było sprintem zająć ważny teren.
Szybko doszło do walk na wzgórzu - zgodnie z planem Drummer Trzycaller zapewnił mi spokojne osiągnięcie celu i możliwość zajęcia ustalonych pozycji. Przywilej obrony podniesionego terenu bardzo się przydawał - Tredor miał w całym pierwszym szeregu wyższą walkę, dodatkowo Bo'sun zapewniał przerzuty i to się odczuwało. Estel przyjęła na siebie rzucanie kośćmi i muszę przyznać, że mimo pewnych niefrasobliwie uroczych momentów dekoncentracji szło jej to lepiej, niż mej Księżnej. Aczkolwiek dzięki dodatkowej przeszkodzie na ranienie morannony trzymały się twardo, choć praktycznie nic nie zabijały...
Franca na razie przycupnęła za górką, tymczasem wokół rozpoczęły się walki. Żałowałem nieco, że mieliśmy taki mały teren walk, zwłaszcza porównując z kolegami obok...
Z lewej strony wzgórza zaszarżowali mahudzi, powodując pewne straty w mych jednostkach. Król Haradu też się rozpędził - nawet dość przesadnie, wjeżdżając najpierw w obszar zajęty ogniem. Mimo mordorskich zapędów posiadam jednak jeszcze nieco ducha fair play i ostrzegłem Tredora, po czym wycofał swego wodza z zagrożonego terenu. Tymczasem my tutaj milusi kochani, a z prawej rozpoczęła się ostra bijatyka i wymiana różnorodnych poglądów politycznych, światopoglądowych, czy też po prostu familijnych. Ach, to wojsko...
Na naszym istotnym terenie zaczęły padać morannony, krwią znacząc pole walki. Do pierwszego szeregu dopchał się Shagrat, by pokazać, jak walczyć. I zaprawdę dał przykład - do końca bitwy wygrał tylko jedno starcie na kolejnych kilka... Ale przynajmniej przeżył, wredny Szwagier.
Kilku haradrimom i korsarzom udało się wbić nawet na wzgórze, ale zazwyczaj spadali po chwili ostrych walk. Tymczasem Franca pobiegła wspierać wojsko w walce z kawalerią wroga i przeżuwała akurat wielbłąda, gdy zdziwioną pajęczycę zaszarżował król HaRadu. Wymiana heroików nie poszła na moją korzyść i biedactwo zostało zaatakowane przez kilku wrogów. Jednakże Księżna ślicznie wsparła naszego stawonoga, natchnęła Francę i ta wygrała starcie mimo tylko dwóch kości - i utraty jednej potęgi. Zezłoszczona Królowa z tych nerwów jednakże nie potrafiła wygranej walki zamienić w sensowne ranienie i mimo jadu zadała tylko jeden celny cios, zresztą obroniony punktem przeznaczenia...
W kolejnej turze znów nie udało się wygrać nam heroika - jednak co Cziken, to Cziken, reszta nie ma tego daru... Znowu Franca została zaszarżowana przez króla, ale tym razem dałem radę go odciągnąć jakimiś szeregowcami, a pajęczyca w tym czasie przekąsiła haradrimów.
Minęła szósta tura gry, w której miałem dwukrotną przewagę liczebną i zapewniło mi to 200mp.
Dalej szło podobnie - wzgórze kontrolowałem, mimo że podszedł doń półtroll i zaczął bić moich morków po łbie, a nawet sam Cziken musiał włączyć się do walki wręcz i utaplać się w haradrimskiej posoce. Trzymałem wokół terenu odwody, które w razie czego mogły wskoczyć jeszcze na górę i dawać mi przewagę liczebną.
Istotne sprawy rozgrywały się z lewej strony - wreszcie nadszedł czas Francy. Rozjuszona ciągłym najeżdżaniem i przeszkadzaniem w jedzeniu zwróciła swe czarne ślepia ku królowi Haradu i rzuciła się na niego z impetem. Tym razem już nie było mowy o nietrafieniu. Szczękoczułki wylądowały idealnie tam, gdzie powinny... Pominę szczegóły, by nie przyprawiać co delikatniejszych czytelników o palpitacje i zawroty głowy. Koniec końców, po kilku chwilach zabawy, dowódca haradrimów dosłownie zniknął z powierzchni ziemi. Co ciekawe, jego wierzchowiec również. Koniną się nie gardzi.
W międzyczasie obaj straciliśmy ponad połowę jednostek. Bo'sun się zawieruszył w wirze walk i dopadło go dwóch warg trakersów ze wsparciem pieszych i został pożywką dla piesków. Podobnie przyczaił się kolejny jeździec na kapitana korsarzy pozbawionego potęgi, ale ten nie dał się ubić... Tymczasem moi bohaterowie świetnie zdawali męstwo - wszyscy czterej, po kolei. Franca dała przykład, Szwagier podjął temat, Trzycaller i Cziken przytaknęli. Wzgórze było moje, mimo że wbił się nań półtroll. Zresztą po chwili uciekł, widząc multum wrogów na nim...
Kolejna tura była ostatnią - znów cudownie moja Księżna wpłynęła na grupę dowódczą i nikt nie uciekł. Resztki wojsk zajęły pozycje, wzgórze było kontrolowane, nadszedł koniec rozgrywki. Po podliczeniu punktów wyszło, że wynik to 17:3 dla mnie.
W związku z przewagą w punktach za hobby - malowanie, konwersje itp. - już wtedy wynik końcowy turnieju był prawie pewny. Ale do końca starałem się nie obliczać wszystkiego, by w razie czego nie wystawić się na zawód... W związku z tym skupiłem się na innych, miłych rzeczach, jak choćby najlepszej figurce turnieju:
Czyż nie urocza?...
Tymczasem na trzecim miejscu znalazł się mój przeciwnik z pierwszej bitwy, polococtowiec i pol-lotrowiec z miasta pyr i Gargamelowego pseudohistorycznego zamku - Ajas:
Na drugim - po remisie z Ejdżysem - wylądował skoczny z przyczyn oczywistych i szalenie sympatyczny Kijanka vel Żabolencja:
No a zwycięstwo - pierwsze w karierze na turnieju wyższej rangi - odniósł autor tego raportu - po prostu:
Posilono mnie nieodzowną łyżką cynamonu, wręczono jakieś elfy na przystawkę dla Francy oraz farbkę na zapitkę i tyle! Koniec turnieju :)
Pełne wyniki rozgrywek, regulamin i takie tam znajdują się tutaj na forum:
http://www.mitril.pl/forum/viewtopic.php?t=10436&start=150
A ja jeszcze chciałem skorzystać z okazji i w tym miejscu podziękować rodzicom, za to, że mnie tak wychowali, bez nich by mnie tu nie było. Mojej rodzinie, bratu, ślepemu żółwiowi i duchowi zmarłego psa. Dziękuję reżyserowi Emosławowi i producentowi tOffowi za ich wielki wkład. Również ukłony dla współaktorów tej produkcji, zwłaszcza najbliższych mi ról drugo - i trzecioplanowych - Ajasowi, DixDixowi, Grunthorowi, Żabci i Tredorowi wraz z Estel - to była przyjemność, móc pracować z takimi profesjonalistami w tak miłej i sympatycznej atmosferze.
Szczerze, nie spodziewałem się, że można wygrać challengera, prowadząc tak spokojne i bezspinowe rozgrywki.
I tyle właściwie - wpadnijcie za rok do Słupska, naprawdę warto.
PozdRawiam wraz z całym Predator K.Rwa Squadem!
KędzioR_vo
P.S. Autolans mode on - więcej sweet foci moich sweet figsów w mej sweet GaleRii - http://www.mitril.pl/forum/viewtopic.php?t=7978&start=90





















































































fajne, nie rozumię tylko dlaczego tak potężnycy leśniaków obrażałeś
Photobucket zablokował mi album, jak widać. W celu poprawienia linków wysłałem fotki 13go sierpnia. Ale widać, nikt nie ma czasu na zadbanie o stronę ;] :P
PozdRawiam
zdjęcia kapuuuutttt ^ ^
zdjęcia kapuuuutttt ^ ^
Panowie zdjęcia !
Naprawcie zdjęcia....
Dzięki za komenty, acz Kat - nie musicie się z Ejdżysem tutaj wymieniać komplementami ;)
Ugluk - tak, Infinity :D Coraz więcej osób się wciąga, nie tylko z PomoRza :)
MYkey - pisząc "salwa" miałem na myśli oczywiście zsynchronizowany wystrzał w normalnym zasięgu, a nie "volley fire" ;) Jakoś tak wyszło, że moja Księżna się wtedy naprawdę popisała i na 11 kości wypadło chyba osiem 4+, a później z tego jeszcze pięć o wyniku 5+. W jednej turze 11 tropicieli się spłaciło - to była ich bitwa ;)
Hawk - pożyjemy, zobaczymy... Chęci są, może i ogólne warunki się znajdą :)
PozdRawiam
twój beton zalany pod kopułę też ;)
Bardzo zgrabny rapot - miło poczytać o bitwie z innej perspektywy.
PS: Kacie - jak widzę zakres Twojej niewiedzy jeszcze długo nie przestanie mnie zadziwiać :)
Pozdrawiam, Ajas :D
+1 za styl pisania :)
p.s. nie wiedzialem ze pol lotr to tylko jeden z dziwnych pomysłów ajasa... zamek w poznaniu :P buhahaha ;P
Bardzo fajny art. Przyjemny język i dużo dobrych zdjeć. Gratulacje dla zwycięzcy.
Pozdrawiam Turin Turambar
Raport bardzo dobrze napisany i z dużym poczuciem humoru :) Co do zabijania biednych Blac Guardow to cóż różnie bywa na wojnie i tym razem ta gromadka lekko zbrojnych tropicieli udowodniła, że nie wolno ich lekceważyć :P Na szczęście poza tym scenariuszem od łuków ginęli już zdecydowanie rzadziej.
daamn, nie ważne ;D raport spoko
crap, komentarze mi się rąbią ;(
Infinity
Infinity
Fakt - bardzo dobrze napisany. Tylko więcej takich raportów!
Jednego nie mogę pojąć: Jak 11 tracków w 1 salwie zdjęło 5 black guardów?!? Nawet przy bonusie +1 do ranienia jest to dla mnie nie możliwe, więc albo coś żle zrozumiałem, albo miałeś wtedy rzuty życia ;)
Świetny raport, miło się czytało :D Dzięki jeszcze raz za bitwę i liczę w przyszłości na rewanż ;)
brawo :)
bardzo dobry styl pisania , przyjemnie się czytało :) . Swoją drogą Kędzior zawitaj wkońcu na jakiś większy nie pomorski turniej :P