Pod przygłuchym krasnoludem
Niektórych pewnie zdziwi, dlaczego opowiadam tę, a nie inną historię.
Jest ona prawdziwa - każdy z jej uczestników może to potwierdzić.
Podczas tej wyprawy miało miejsce pewne zdarzenie, które na długie lata
zmieniło pewną dziwną społeczność. A co się stało? Przeczytajcie sami!
Ktoś rzucił pomysł, żeby wybrać się na „przygodę”. „Będzie fajnie’’,
pomyślałem. Moje nastawienie do wyprawy zmieniło się diametralnie, gdy
okazało się, że zostałem mianowany Głównodowodzącym. Niech ja dorwę
durnia, który to wymyślił…
Mieliśmy wyruszyć w czwartek - ja, Gildor oraz Kasa, ale ten drugi uparł się, że w środę. Tak też postąpiliśmy. Powiem tylko tyle: takiej burzy, jak tamta, w życiu nie widziałem…
Przemoczeni do suchej nitki, skierowaliśmy się na Leśną Polanę, gdzie, według informacji Kasy,
miała do nas dołączyć reszta kompanii. Od momentu wejścia na Polanę
ogarnęły mnie wątpliwości. Po pierwsze, nie czekało na nas dwóch czy
trzech mężczyzn, tylko dziesięciu zbirów. Dziwna gromada szybko otoczyła
Kasę jak starego znajomego, a ja wymieniłem z Gildorem zdziwione spojrzenia.
Chwilę później Kasa wprowadził mnie i Gildora pomiędzy nieznajomych. Z bliska wyglądali jeszcze gorzej.
- Oto Turin Turambar! Nasz przewodnik! Oraz Gildor, nasz towarzysz! – powiedział Kasa i przedstawił swych wątpliwej urody kolegów. – Leoris, Wróbelek, Damik, Silverhand, Wojteq, Salem, Larkin, Wojto, SkymaN oraz Nigaz.
Jako że wszyscy byli brudni i zapuszczeni, to zapamiętałem tylko Salema,
a i to wyłącznie dlatego, że z pasją dłubał w nosie. Po chwili ściskało
mnie już kilka par rąk, niektórzy również szczerzyli żółte zęby w
uśmiechu. W co ja się wpakowałem?, zapytałem sam siebie. Kiedy odeszli
po plecaki, okazało się, że cała moja koszula nosi ślady ich brudnych
łap. Co więcej, zginęła też moja sakiewka. Szukanie winnych i tak nie
dałoby najmniejszych efektów, a ja wolałem nie narażać się tym
bandziorom.
Zaraz po tym, jak poinformowałem kompanię, że pójdziemy północnym szlakiem, pojawiły się niesnaski:
- Dlaczemu szlakiem? Gdzie tu przygoda? Dlaczemu na północ?
Ostatecznie zostałem przegłosowany. Niech szlag trafi demokrację… Na
efekty tej, oczywiście błędnej, decyzji, nie trzeba było długo czekać.
Zabłądziliśmy już po godzinie marszu. Zamiast przed zmierzchem znaleźć
się w gospodzie Pod Szaloną Krową, błąkaliśmy się po nieznanych żadnemu z
nas lasach.
- Kto wybrał tego Durina na
przewodnika? To podejrzany typek. Tylko patrzeć, jak nas wyprowadzi na
manowce! Kiedy postój? Chcemy gospody! Postój! – Najbardziej
niezadowolonym i rozwydrzonym okazał się Leoris.
Nie dość, że nie miał plecaka i był najbardziej wypoczęty, to co
chwilę, ku uciesze reszty towarzystwa, rzucał złośliwe uwagi w moją
stronę. Ratując swoją reputację, zarządziłem postój. Szybko okazało się,
że tylko ja i Gildor mamy namioty. Po chwili otoczyła nas cała banda, przekrzykując się nawzajem:
- Mogę spać w u Ciebie w namiocie? Jutro plecak Ci poniosę! Chcę do namiotu!
W końcu się podzieliliśmy. Ja, Kasa, Damik, Silverhand, Wojto, SkymaN oraz Leoris zakwaterowaliśmy się w moim namiocie, a reszta poszła spać do Gildora. Namioty pękały w szwach. Sytuacji nie polepszała również obfita tusza Wojta. Jeżeli myślicie, że wstałem wypoczęty i wyspany, to muszę Was rozczarować. Damik chrapał jak najęty, Wojto przygniótł
mnie swym cielskiem, a odór, jaki panował w namiocie, był nie do
zniesienia. Po trzech godzinach przeniosłem się pod drzewo, choć i tam
ścigały mnie pochrapywania Damika.
Następnego dnia nic się nie wydarzyło. Błądziliśmy dalej, a morale
pogarszały się z godziny na godzinę. Wreszcie dotarliśmy do jakiejś
samotnej gospody, porzuconej gdzieś pośród wzgórz. Był to duży, jasno
oświetlony budynek. Tuż obok znajdowała się niewielka stajnia. Szyld nad
wejściem głosił: Pod Przygłuchym Krasnoludem. Z karczmy dobiegały śpiewy i muzyka. Wszyscy zapragnęliśmy jak najszybciej zasiąść do suto zastawionego stołu.
- Dlaczego „Pod Przygłuchym Krasnoludem”? – zagadnął mnie Gildor.
Nie odpowiedziałem, tylko zwróciłem się do kompanii:
- Nim wejdziemy… - zacząłem, ale przerwało mi donośne buczenie Leorisa i SkymaNa.
- … przejdziemy wszyscy do pokojów i doprowadzimy się do porządku. –
moje słowa wywołały powszechne zdziwienie wśród drużyny, nawet Gildor i Kasa nie wydawali się zadowoleni z perspektywy kąpieli.
- Po co się myć? Ciuchy tydzień temu zmieniałem. – zaczęli dyskutować Nigaz z Larkinem, a reszta drużyny ochoczo im przyklasnęła.
- Dobra, dobra! – krzyknąłem – Każdy decyduje o sobie, macie tylko
poczekać, aż przydzielą nam pokoje i zaniesiemy plecaki. Wchodzimy!
Weszliśmy do przestronnej, ciepłej izby. Reszta kompanii delektowała się ciepłem, podczas gdy ja z Gildorem nawoływaliśmy właściciela.
- Witam! – powitałem nadchodzącego krasnoluda.
- WITAM! – krzyknął krasnolud. – JESTEM AZAGHAL I JESTEM TU GOSPODARZEM!!!
- Nie musi pan krzyczeć, słyszę. – odparłem.
- COOO?!
Nazwa gospody się wyjaśniła. Gospodarz jak każdy krasnolud był niski, gruby i brzydki, a na dodatek głuchy jak pień.
- CZY SĄ U PANA WOLNE POKOJE?! – krzyknąłem.
- TAK! MAMY MLEKO! – wydarł się ukazując rząd krzywych i sczerniałych zębów.
Kiedy po kilku minutach nic nie ustaliliśmy, wyjąłem jakąś postrzępioną kartkę i napisałem.
Czy są u Pana cztery wolne pokoje? - na szczęście karczmarz nie był analfabetą i odpisał: Chyba tak, sprawdzę.
Gospodarz szybko zniknął w korytarzu, a ja odwróciłem się do kompanów.
- Pocz… - lecz zamiast Kasy i drużyny zobaczyłem tylko stertę plecaków i Gildora szczerzącego zęby w głupim uśmiechu.
- Gdzie się oni podziali? – zapytałem zdziwiony.
- Nie wiem, poszli gdzieś sobie. – odpowiedział.
- To chociaż ty poczekaj. Zaniesiemy razem plecaki.
Po chwili gospodarz wrócił z informacją, że mają akurat cztery wolne
pokoje. Niestety, czekało mnie kolejne niemiłe rozczarowanie - Gildor gdzieś
się zapodział. Dzięki temu, jakże szczęśliwemu, zrządzeniu losu,
musiałem sam zanieść wszystkie plecaki do pokoi. Niektóre z nich prawie
nic nie ważyły, podczas gdy inne ledwo odrywałem od ziemi.
Po godzinie, czysty i pachnący, wszedłem do sali biesiadnej. Fajkowy dym
unosił się w powietrzu, tworząc lekką mgiełkę. Było gwarno i, mimo
panującego tam tłoku, szybko odnalazłem resztę kompani. Prawie wszyscy
zdążyli już osuszyć przynajmniej po dwa duże kufle. Wojteq zagadywał barmana, a Gildor rozmawiał
z jakąś ładną dziewczyną i po chwili zniknął z nią w ciemnościach
korytarza. Ledwo zdążyłem dosiąść się do moich towarzyszy, podszedł do
mnie niski człowieczek, o rzadkich siwych włosach.
- Co podać Szanownemu Panu? – zapytał piskliwym głosikiem.
- Ehmmm... to co oni. – powiedziałem wskazując na wędrującą ze mną bandę.
Kelner, czy kim on tam był natychmiast zniknął w tłumie. Moim kompanom
sztuka savoir-vivre’u była najwyraźniej obca. Mówili z pełnymi ustami,
głośno bekali i mlaskali. Nie chcąc odbierać sobie ochoty na dalsze
jedzenie i picie, zacząłem przyglądać się zebranym w sali. Oni też
stanowili mało ciekawą zbieraninę ludzi, krasnoludów i innych
dziwacznych stworzeń. Moją uwagę szybko przykuła dziewczyna o złotych
włosach i promiennym uśmiechu. Kiedy w końcu zebrałem się w sobie, że
podejdę – usłyszałem stukot stawianego kufla. ,,Mały łyczek nie
zaszkodzi.?” pomyślałem i odwróciłem się.
Zawartość kufla szybko wybiła mi z głowy dziewczynę o złotych włosach i
promiennym uśmiechu. Zamiast złocistego napoju, mój kufel wypełniał
jakiś dziwny, biały płyn.
- Co to... do kroćset jest!!! - krzyknąłem zdumiony.
- Una leche, un lait, lactis, en melk. – rzekł najbliżej siedzący SkymaN.
- Co?
- Mleko, baranie! – odparł mi dość niegrzecznie mój rozmówca.
- Pijecie mleko? – zapytałem zdziwiony.
- Oczywiście. – odparł i rzeczywiście wszyscy z nich popijali mleko.
- Nie wiem czy wiesz, ale mleko krowie składa się globulin wysokocząsteczkowych, kazeiny, albu...
- Dobra, dobra! – przerwałem brutalnie wykład SkymaNa.
- To chociaż spróbuj. - zachęcił mnie niezrażony.
Bez zbędnych ceregieli pociągnąłem dwa spore łyki. Był to pierwszy... i
nie ostatni kufel mleka jaki wypiłem tego długiego i pamiętnego
wieczora. Napój był słodki, dało się wyczuć subtelną nutę miodu,
świetnie gasił pragnienie, a ponad to rozwiązywał języki i mimo to nie
uderzał do głowy.
Pogawędka na temat obecnej sytuacji gospodarczej Gondoru i czarnorynkowej ceny mitrilu, którą toczyłem ze SkymaNem i Larkinem okazała się niezwykle zajmująca, lecz nasze odmienne stanowiska wkrótce doprowadziły do małej kłótni.
Naszą sprzeczkę przerwało nagłe pojawienie się Gildora,
który wrócił pod rękę ze swoją dziewczyną. Widok ten nie umknął uwadze
paczki, która szybko zareagowała głośnym WoooooooWWWWW. Dziewczyna
spojrzała na nas z lekkim politowaniem i odeszła w swoją stronę.
W końcu mogłem odetchnąć z ulgą. Być może nie wiecie, ale Gildora nigdzie
nie wolno puszczać samego! Bo albo się zgubi, albo wplączę się w jakieś
poważne tarapaty (ma do tego niezwykły talent). Chłopak dosiadł się do
naszego suto zastawionego stołu, lecz mimo usilnych prób nic nie
mogliśmy z niego wyciągnąć. Milczał jak grób.
Wkrótce potem cała kompania zaczęła jeść i pić w olbrzymich ilościach.
Nie skłamię, jeśli powiem, że mleko lało się strumieniami. Kiedy zegar
wybił dwunastą, a kompanii mleko mocno już uderzyło do głowy, wydarzyło
się coś, o czym opowieści nie ustały ani po 9, ani nawet po 99 dniach.
- Nie, nie, NIE! Leorisku, to ja jestem lepszym rzeźbiarzem od Ciebie!
- Chybaś głupi! – odkrzyknął Silverhandowi Leoris. – Ty nawet nie wiesz, co to skalpel!
Zaczęła się wspaniała kłótnia. Obrzucali się wyzwiskami tak barwnymi, że
cała sala słuchała ich w niemym zdumieniu, przerywanym od czasu do
czasu salwami śmiechu. Zaraz też do sprzeczki dołączyli inni kompani, a
po chwili Gildor z Kasą też
zaciekle się kłócili. Nie rozumiałem zupełnie nic. Rozprawiali o jakiś
suchych pędzlach, farbach, technikach malarskich, eMeneMsach. Nie mogłem
wyjść ze zdumienia. Nawet Gildor, zazwyczaj spokojny, zaciekle kłócił
się Wojtem. Byłem w szoku!
,,Może oni dodają coś do tego mleka?'' - pomyślałem spoglądając w pusty
już kufel i na wszelki wypadek zaniechałem dalszego picia.
Nagle głos Leorisa wzniósł się ponad inne:
- WYZYWAM CIĘ, SILVERHANDZIE!!! WAAAAAGH!!! – po chwili, przekrzykując
się, cała kompania wyzywała się na pojedynki (niektórzy byli już tak
zmęczeni, czy może otumanieni że zrobili to po kilka razy).
Tylko ja z naszej kompanii nie brałem udziału w tej zaciętej kłótni. Jak
się później dowiedziałem, pojedynkujące się pary (a nawet trójki)
wyglądały następująco:
1. Leoris vs. Silverhand
2. Kasa vs. Larkin
3. SkymaN vs. Nigaz
4. Wojto vs. Gildor
5. Wróbelek vs. Salem
6. Kasa vs Damik vs Wojteq
Kiedy opustoszała sala rozbrzmiewała już chrapaniem moich towarzyszy,
leżących pod ławami, na ławach, przy ławach, pomiędzy ławami,…, podszedł
do mnie barman. Był to barczysty człowiek o żółtych zębach, które nader
chętnie eksponował w licznych uśmiechach. Ze słowami: Rachuneczek dla
szanownego Pana, wręczył mi rolkę papieru i odszedł.
Suma, na jaką opiewał rachunek, była olbrzymia! Z trudem powlokłem się
do pokojów. Tam szybko przeszukałem plecaki kompanów. Dziwnym trafem w
plecaku Wróbelka znalazła się
moja sakiewka. W miarę przeglądania plecaków zrozumiałem, o co pokłócili
się uczestnicy przygody. Oni byli malarzami! A niektórzy z nich nawet
parali się rzeźbiarstwem. W plecakach nie znalazłem prawie żadnych
pieniędzy (oprócz moich, których i tak nie zamierzałem wydać na pokrycie
rachunku) ale znalazłem za to mnóstwo pędzli, farbek, palet i innych
dziwacznych przedmiotów zbędnych człowiekowi zdrowemu na umyśle.
Towarzysze nie mieli zadowolonej miny ani dnia następnego, ani też przez
kolejne dni, kiedy szorowali podłogi i zmywali naczynia w gospodzie.
Wiele jeszcze przygód przeżyliśmy razem, odkąd wyrwaliśmy się spod
katorżniczej pracy „Pod krasnoludem”. Czasem zabawnych i zwariowanych, a
czasem strasznych i mrożących krew w żyłach. Nieraz też salwowaliśmy
się ucieczką, jako że futra mieliśmy podszyte tchórzem. Wkrótce staliśmy
się też prawdziwymi przyjaciółmi. Nawet ich brudne łapy, przykry zapach
i żółte zęby przestały mi już przekazać. Może dlatego, że stałem się do
nich podobny?
Relacja Turina Turambara - wsparta dziurawą pamięcią Gildora oraz sprawdzona przez Azaghala.
Pozdrawiam,
Turin Turambar - Kronikarz Mitrila












Witam,
trzymam kciuki, aby Turinowi i ekipie, która z nim współpracuje wystarczyło chęci i zapału, aby Kronikę portalu kontynuować. Talent pisarski jest, pomysł też, dlatego kibicuję w dalszych twórczych pracach.
Pozdrawiam,
Kalins
Dziekuje za wszystkie komentarze i ciesze sie, ze moj kronikarski debiut sie spodobal. Jezeli ktos ma ochote cos skomentowac bylbym wdzieczny.
Pozdrawiam Turin Turambar
P.S. Juz niedlugo nowy obszerniejszy wpis. ;)
To, To, To, ...
WYMIATA!!!
Pozdro dla Turina.
P.S. Zamiawiam cały tomik kronik Mithrila.
Dobre :D
Masz racje.. Ja chrapie ;) Czytało się baardzo spoko ;) Więcej takich tekstów! Niezłe pióro wgl. ;)
Nie łapię tego za bardzo xD Ale spoko.
Znakomite :)
świetne się czytało. Oby więcej takich tekstów :)
Nie mogłem się nie przyczepić, po tej całej korekcie: co to jest "wpsmopniany"? xD
Ja już swój wkład w powstanie miałem, więc nie jestem obiektywny, ale muszę napisać, że bardzo mi się to opowiadanie podoba. Wybacz, Turinku, że nie zdążyłem skończyć loga, ale zadziałała siła wyższa w postaci złośliwości przedmiotów martwych. Myślę jednak, że do następnego wpisu kronikarskiego się wyrobię ;)
Dobrze się czytało. Czekam na więcej.
historia powstania pojedynków opisana w ciekawy i humorystyczny sposób :-) świetne opowiadanko. No i miałem namiot ha!
Trzeba dodać, że małym bohaterem Kroniki jest wpsmopniany w opowiadaniu Azaghal. Wykonał naprawdę kawał porządnej roboty - czy to sprawdzając liczne błędy lub służąc dobrą radą. Wielkie dzięki Azaghal, bo bez Ciebie ta Kronika nie osiągneła by tego poziomu. Dzieki!
Pozdrawiam Turin Turambar
Wow, jestem w Kronice :D W końcu się doczekałem (albo wcześniej pominąłem). Dzięki Ci za to i liczę na udział w kolejnych "przygodach użytkowników", bo czyta się bardzo fajnie. Wielki plus ;)
Świetny tekst, naprawdę czytało się z uśmiechem na ustach.